Rafał Krause | Prawdziwi Murzyni (Budzyński / Jacaszek / Trzaska, „Rimbaud”)

Ciężko nazywać „reformatorem” kogoś, kto opiewał chaos i sublimował go w twórczym napędzie. Nijak nie wypada też sięgać po epitety „ikoniczny” czy „kultowy”, skoro zawdzięczamy tej osobie pęknięcia na grandilokwencji języka literackiego sprzed ponad wieku. I chociaż Arthur Rimbaud – bo o tym twórcy te słowa – na swoją sławę pracował również biografią, nie musimy koniecznie pytać, jak literatura ukształtowała jego życiorys. Za to zawsze powinniśmy pytać, jak jego literatura ukształtowała literaturę w ogóle.

Co grozi współczesnym artystom, jawnie powołującym się na spuściznę takiego poety? W gruncie rzeczy wszystko, co on sam zdołał zdekonstruować. Od ambicjonalnego nadęcia po koniunkturalizm wynikający z podczepiania się pod uznanego artystę. To zarzucano takim zespołom jak Fonetyka (w końcu grupa zbudowała swoją popularność, bazując na dorobku poetów wyklętych). I tego typu oskarżenia mogłyby ciążyć nad projektem muzycznym o jednoznacznej nazwie Rimbaud. Mogłyby, gdyby nie fakt, że powołały go do życia trzy istotne dla polskiej muzyki osobistości, rekrutujące się z jej trzech obszarów, jak się okazuje, wcale nie tak od siebie odległych.

Skład: Budzyński, Jacaszek i Trzaska nie jest oczywiście sam w sobie żadnym gwarantem artystycznego sukcesu. Wszak Real Madryt niegdyś przegrywał mecze mimo sfinansowania sobie dream teamu. Ale oczekiwania wobec tej inicjatywy były duże na tyle, że wielu mogło lajkować wydawnictwo tego tercetu w ciemno, albo zamawiać je bez odsłuchu, tak jakby internet nie istniał (to dowody oddania fanów w dzisiejszych czasach). I nie chodzi tylko o jakość dotychczasowych dokonań wymienionych muzyków, ale i pewne ich podobieństwa na gruncie wrażliwości, w obrębie której można by ich twórczość ulokować. To wszystko rodziło nadzieje na zgranie rzeczonej trójki wpasowującej się w „rimbaudowską” koncepcję (każdy z muzyków dodatkowo miał doświadczenia związane z literaturą – Trzaska realizował m.in. projekty ze Świetlickim i Stasiukiem, Jacaszek współpracował z poetką Miłką Malzahn, a Budzyński sam jest autorem). Czym zaowocowało to porozumienie? Tak jak można było się spodziewać – zgrzytem. Kontrolowanym oczywiście.

Mierząc się z tekstami Rimbauda można spróbować, tak jak zrobił to on sam, dokonać artystycznego puczu na własnej epoce. Ale zdecydowanie łatwiej sięgnąć po prostu do właściwości definiujących jego poezję. Drapieżność, instynkt, bluźnierczość, wizyjność. Muzyce każdego z artystów tworzących projekt Rimbaud nieobce są wymienione cechy. Trio mogłoby pójść na łatwiznę, urządzając na płycie swoisty kolaż symptomatycznych dla własnej twórczości brzmień, co w teorii załatwiałoby sprawę. Ale te momenty albumu, które zdradzają takie podejście muzyków, choć są nie mniej spektakularne od pozostałych, najbardziej nużą. Na przykład rwane, nerwowe pomrukiwania klarnetu basowego czy saksofonu Trzaski, przywodzące na myśl zwierzę wijące się w konwulsjach podczas uboju (efekt, którym muzyk wzmacniał przekaz filmów Smarzowskiego), mogłyby tu zamykać temat. Jednak największe wrażenie jazzman robi w momencie, kiedy zamiast tkwić w koleinach jak na „Phrases”, znaczy instrumentem zwaliste drony w „Jesteście fałszywymi murzynami”. Podobnie Jacaszek. Też odnajduje swoje „iluminacje” w nietypowych dla siebie rejonach, sięgając paradoksalnie do pomysłów ze swojej najsłabszej płyty „Pentral”. Tam niespodziewanie atakował nas skokami głośności, brutalną ścianą złowieszczych organów. Na „Armacie” jego delikatne dźwięki pianina to preludium do napadów industrialnego hałasu. Z kolei głos Budzyńskiego najbardziej niepokoi, kiedy traktowany przesterem rozwija się w opętańczy krzyk. W tym szaleństwie raczej bliżej mu do Siekiery niż mocno osadzonej w swojej konwencji Armii.

Powyżej opisane poszukiwania, które usłyszymy, obcując z projektem Rimbaud, składają się na największą siłę tego albumu. Efektem tych starań jest to, że płytę można traktować jako autonomiczny byt muzyczny, a nie gościnny występ trójki zasłużonych muzyków. Wyczuwa się to nie tylko w bardziej wyrazistych zabiegach dokonywanych na brzmieniu, ale i w niuansach. Chociażby takich jak trip-hopowa, narkotyczna atmosfera „Potopu” czy ambientowe powidoki Jacaszka w „Matinee d’ivresse”. Choć charakterystyczne style każdego z trójki muzyków nie wyparowują z tych utworów, to łącząc się ze sobą, zaskakują zupełnie nową jakością, niespotykaną w żadnym z ich licznych dotychczasowych projektów.

Okazuje się, że podobnie jak krótka, ale intensywna gorączka twórcza Arthura Rimbauda projekt muzyczny inspirowany dziełami tego poety musi również odwoływać się do przeżyć granicznych. Bo taki w dużej mierze jest album Rimbaud. Bazuje na skrajnych emocjach, niepokoi, rozstraja, nadwyręża. Dysonansami wytrąca z równowagi. Łączy wyciszone tło z ekstremalnym pierwszym planem. Wszystko dzięki temu, że muzycy zrobili użytek z nietypowych i ryzykownych inspiracji, odważyli się stąpać po grząskim gruncie. I chociaż miejscami Rimbauda gubi nadmiar środków, to ostatecznie spełnia on wszystkie pokładane w nim nadzieje, pozostawiając słuchacza w rozbiciu, ale z głową wirującą od myśli.

Budzyński / Jacaszek / Trzaska: „Rimbaud”. Gusstaff Records 2015.


Dodaj komentarz