Robert Rybicki | Kapryśną konstrukcją jest język (Cezary Domarus, „cargo, fracht”)

„Cargo, fracht”, najnowsza książka Cezarego Domarusa, wydana przez Instytut Mikołowski, przynosi nam kontynuację poetyki znanej z jego wcześniejszych tomów; mocno zarysowane konstrukty obrazowo-logiczne każą nam myśleć o Domarusie jako o autorze sumiennym. Druga myśl jest taka, że podmiot jego wierszy miota się po targowisku próżności i odbija się (niemal fizycznie) jak od luster od trwałych związków słownych, dotyczących takich aktów jak kupno i sprzedaż; Domarusowa swoboda skojarzeń zagarnia te sztywne pojęcia, wsysa w świat wyobraźni, i jeśli  dla potrzeb tekstu mówimy „metaforycznie“ o trwałych związkach mowy jako o lustrach, to właściwie rzeczywistość autora „Mózg story” staje się to gabinetem krzywych luster… języka. Już pierwszy tytuł to sugeruje: „WARUNKI WSTĘPNE” (trudno nie pomyśleć: „POSTANOWIENIA KOŃCOWE”). Czy czeka nas w tej poezji jakaś umowa, kontrakt, zlecenie… cyrograf (podpisany ze swoim Innym Ja)? Z tym jednak musimy się zgodzić: warunki dupowate nam się (sią?) tu rysują, bo może, jak sugeruje czwarta zwrotka, miejsce przeszłości, „rodzinne strony”, to takie miejsce, gdzie nawet miedziaki nie docierają, a jedyną formą aktywności w przestrzeni publicznej są człapiący z sekatorami faceci w pomarańczowych „uniformach” z ZK w kółeczku? Zesłanie na starcie, proszę bardzo! Masz dużo roboty?

Tom będzie falował po swojemu. Niby to autor pisze, ale bardziej wygląda to na porwanie przez akt pisania, po którym podnosi się głowę jak spod wody. W pierwszym wersie drugiego wiersza czytamy: „…przecież jesteśmy skażeni” („ŁĄCZLIWOŚĆ”), by kilka zwrotek później autor napomknął o „awarii japońskich elektrowni atomowych” i, tak na dobrą sprawę – w jednej ze swych recenzji zauważył to Rafał Wawrzyńczyk – bardziej werbalnie otwiera się w Domarusowej poezji świat zastany, zdaniem krytyka spajając się z falą poezji zaangażowanej; pojawiają się tu rozmaite aluzje do sytuacji na rynku, w kraju i tak dalej (wyskakujące okienka zwrotek?). W „WIDOKU NA CARGO” czytamy:

Postawiono długi płot z aluminium,
za którym niedługo ruszą prace.
Opłacono ziemię i ludzi
– nic o tym nie wiemy.
[…]
Płot jest pokryty białym lakierem.
Osadzono go na betonowych stojakach.
Potem stąd zniknie, może ktoś da go w zastaw.
Słyszano o inwestycjach, które nie poszły.
[…]
Ojciec, który pewnego dnia
stawia płot, mówi do syna: – Masz, jedz.
I podaje chłopcu paczkę płatków, kupionych za swoje.
Kiedyś, bawiąc się w chowanego,
biegliśmy w stronę płotu. To było
najprostsze rozwiązanie.

Zwykła sprawa, płot. Ale gdy się zastanowić, na prosty beret, płot stanowił zawsze oparcie, płot wyznaczał czyjś teren, teren należący do kogoś konkretnego, realnego, wspomnianych ojca i syna. Wyznaczał więc też więź między tymi, którzy wewnątrz terenu ogrodzonego płotem żyli. Tymczasem punktem wyjścia dla rozważań autora/podmiotu/kogokolwiek jest tymczasowość aluminiowego płotu, który nawet już nic nie znaczy, wskazuje nicość inwestycji, których nie dokonano.

W tym momencie, gdy „widzimy” dzieci biegnące za płot, brutalna konstatacja Domarusa zdaje się wskazywać, że wyobrażenie płotu (wywalić te gadki o „znaczonym” i „znaczącym”) jest opustoszałe, już tylko wiatr hula dookoła niezasypanych dołów; że już nie tylko wspomnienie, nie tylko obraz nietrwałego, aluminiowego płotu, ale nawet jego symboliczność – a może po prostu symbol w ogóle – w dobie ekranizacji rzeczywistości uległy prawidłom śmierci, śmierci przez ekranizację (czy nie jest to rozszerzenie Blanchotowskiego „zabijania słowa przez zapis”? Vide: „zabijanie rzeczywistości przez ekranizację”?). Autor jest świadomy tymczasowości, znikomości wszystko, co składa się na obecną cywilizację (przykłady miast zmiecionych z powierzchni ziemi? Kartagina, Ilion, Aleppo?).

Wyrazić niezgodę na współczesny świat jest trudno, człowiek uwikłany w konsumpcjonizm, zabiegany w kieracie codzienności nie widzi zależności między poszczególnymi czynnikami kształtującymi nasze życie, od tych globalnych po te indywidualne, domowe (o ile dom jest). Domarus robi to w przewrotny, ale i delikatny sposób: natrząsa się po cichu, prowadzi przy tym wywód ku uogólnieniu, niejako zacierając ślady swoich intencji w nadziei, ze roztropny czytenik wychwyci niuanse.  Beznamiętne komunikaty świadczyć mogłyby o jego cynizmie, gdyby nie obecne tu wyczulenie na zakłamanie całego systemu, bezlitośnie wypunktowywane wers za wersem i znajdujące swój finał w ostatnim wierszu, „ASTRONOMIA GATUNKU”:

dużo treści odblaskowej
– to może nieść radość lub cokolwiek!
fajerwerki: nagłe i obce na niebie trików
– bądźcie pozdrowione!
świat trzyma się na przyssawkach po ciemnej stronie księżyca
– jesteśmy wdzięczni, że w ogóle!
tyle łaski, że szloch licytuje i wygrywa
– każdy nasz oddech!

Zresztą w wierszach Domarusa dominuje coś pomiędzy slapstickiem a grubą drwiną, autor osiąga ten efekt za pomocą metonimii, ironii, przesuwając znaczenia. Robiła to (lub nadal robi) generacja poetów debiutujących w latach dziewięćdziesiątych, ale u autora „Zwrotek” dochodzi do wywrócenia na nice przyzwoitości literackiej, dochodzimy tu do granic absurdu, obrazowej groteski („świat trzyma się na przyssawkach po ciemnej stronie księżyca“). Sam paradoks jest zbyt prostym chwytem jak na współczesne, skomplikowane życie w sieci zależności cyfrowo-realnych (bliżej naszemu światu do świata powieści Lema niż Sienkiewicza (ha ha!). Tropiąc badawczą postawę autora, jego poznawcze podejście do świata i języka, ewentualnie językoświata, trafiamy w jego strofach czasem na fragmenty żywych organizmów, skórę, kości, chitynę, jak w wierszu „Z OPATRUNKÓW NAWIGACJI”, gdzie czytamy:

szum wskazówek na wietrze
frachtowace prą w trudach taryf
za morze wschodnio-kostne
gdzie zasięg tkanki największy
pułap zwidu najniższy

W „LAST MINUTE” z kolei pisze: „morze chityny i kości“. Trochę w tych wierszach jest podobieństwa do obrazów Marii Jaremianki, widać tu przecinające się przestrzenie, strefę somatyczną wplecioną w cały kosmos realnego. W wierszu „NAUKI” czytamy:

woda w kanale jest jak farba nieczynnego przemysłu
twoja historia to małż
niejadalny, z tych mórz, ledwo omywających szkielet pożytku.

Jest też tytuł „PLAMY NA SŁOŃCU I NA SKÓRZE”, który pokazuje, jak kapryśną konstrukcją jest język. Za jego pomocą przestrzeń wiedzy i doświadczenia można zamknąć w obrębie kilkunastocentymetrowej przestrzeni; na malutkim kawałeczku ekranu lub kartki mieści się coś, co dzieli milion kilometrów, i to jest moc poetycka!

Najbardziej drastyczne w wierszach Domarusa są opisy ludzkiej nieuczciwości, która przyjmuje bezosobową postać, trochę jak beznamiętność auszwicowych charakterystyk Borowskiego; jakaś wielka siła powoduje zło, a ludzie stają się jej bezwolnymi marionetkami. Znów przywołam „LAST MINUTE”

morze tego, co zawsze zabiera szanse z pustych rąk
morze planów zmówione z morzem odmowy
morze proporczyków, morze postprodukcji
morze tabliczek z nazwami organów

W HISTORYCZNEJ CODZIENNOŚĆI znajdujemy frazę: „wyjście do pracy/ było werdyktem w cieniu meblodajnych drzew”; w „ОKO ŚWIATA, DETOKS” z kolei natrafiamy na: „i ów dzień, kiedy JAK JEST ujrzało we mnie człowieka:/ pogodzonego hurtowo ze wszystkim/ gotowego pamiętać na znak/ gotowego zapomnieć za wikt”. Innymi słowy: Domarus zdaje sprawę ze skurwionego losu człowieka w świetle wypranej historiozofii z punktu widzenia meridianów.


Cezary Domarus: „cargo, fracht”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>