Robert Rybicki | Latający Orfeusz Monty Baczona (Marek K. E. Baczewski, „Projekt «Orfeusz»”)

 

Marek Krystian Emanuel Baczewski, poeta i myśliciel, większość życia spędza w rodzinnym Zawierciu, ale w wierszach zdarza się mu oblatywać całą kulę ziemską. Zdążył już w swojej twórczości zagrać w berka z całą polską tradycją literacką, czerpiąc przy tym z całego dostępnego w bibliotekach arsenału lekturowego świata oraz całej masy doświadczeń życiowych, czyniąc swój poetycki projekt właśnie totalnym, na bazie absolutnej niewiary w przeczytany świat i zastany świat.

Najnowszy jego tom najlepiej zacząć czytać od tyłu, ostatni wiersz otwiera drogę do innych, ten ostatni wiersz jest ścianą, ostatni wiersz oświetla pustką całą drogę Baczewskiego jako poety, niemalże już Orfeusza, odciętego od ciała, po drugiej stronie materii; tą druga stroną materii jest Eurydyka, w sferze idei. Ten Orfeusz patrzy na ziemię jak na piekło. I mówi do nas ustami z ostatniego wiersza, „Ars Poetica XLIX”: „nie zawracajcie nam głowy jakąś tam poezją/ komu to dzisiaj potrzebne”. W „Ars Poetica XLVI” zamyka jedną ze zwrotek: „A co ma na usprawiedliwienie,/ proszę państwa, tęcza?” W niektórych wierszach autor rozmawia z innymi poetami, Leśmianem, Celanem, jakby siedział na Parnasie i kiwał sobie palcem w bucie wśród jeno równym sobie autorom; bo jednak waga wiersza Baczewskiego może być mierzona właśnie takimi miarami: Celan, Leśmian, Rilke; bo pod względem tego, co MKEB skumulował, skomasował, skondensował, wysublimował w swojej poetyce, zarówno w dziedzinie liryki, środków stylistycznych, figur, jak i w dziedzinie ludzkiej myśli, nie ma odpowiednika w historii literatury europejskiej. Można go nazwać Sowizdrzałem (Eulenspiegel!), który wystrychnął na dudka Jacquesa Derridę i zamknął w poezji polskiej epokę postmodernizmu (późnego, to fakt…) właśnie ostatnim wierszem, po którym Cioran strzeliłby sobie zapewne w głowę z naganta. Doprawdy, spece od nagród literackich są ślepi, skoro Baczewski ze swoją głębią żartu okupuje czyściec polskiej literatury jak niegdyś Wirpsza. Pisze Baczewski w „Mistyku”: „ Nocami, w gęstym mroku,/ docieram do prawdy”. Mistyczne zapędy Baczewskiego znane są i z jego dawniejszych tomów, zmaganie się z bolączkami egzystencjalnymi i kłopotami z istnieniem, życie z historią na co dzień – to nie nuworyszostwo; w dodatku prawdopodobnie to właśnie autor „Projektu…“ wyciągnął najpomyślniejszą lekcję z filozofii poezji Wirpszy, dążąc przy tym do totalnego wyżyłowania materii lirycznej, zapędzając normatywną stronę języka w kozi róg. W typowym dla Marka Krystiana Emanuela ironiczno-metonimicznym wierszu „Na początku było zamówienie na słowo“ dochodzi do przekroczenia granicy tautologii, gry z bliskoznacznością i bliskodźwięcznością słów: „Otóż sądzę, że pełnia. Pełniąca/ obowiązki, spełniona, pełna. (Ciekawe,/ skąd tyle pełni w jednym słowie?)”; w ostatniej zwrotce już stykamy się z parodią korespondencji redaktorskiej, hiperbolizacja absurdu sięga woodyallenowskich rozmiarów: „Proszę napisać tekst na pięć znaków,/ w formacie «doc», i przesłać do nas,/ najlepiej mailem albo na dyskietce […]” – czy nie jest to oda do wyrobnictwa literackiego i spastuszenia gremiów redaktorskich?; że na przykład do czynienia mamy często ze zleceniami na teksty przycięte na miarę, np. 3000 znaków? W sumie tak na dobrą sprawę to wszystko jedno, czy to pięć, czy tysiąc znaków! To tak samo jak z tym wkładaniem stóp gejszom do specjalnych butów, by stopy nie urosły, albo z gorsetami dziewiętnastowiecznymi (wykpionymi przez Pinińską-Bereś). W „Ars Poetica XLV“ czytamy: „Problem nie polega na tym, dlaczego Batman/ nie rozpierdolił w trzy dupy Buchenwaldu,/ ani Lara Croft Omska, lecz na tym, by postawić/ się w czyimś położeniu”. I zaraz poeta dodaje: „To jedyny problem,/ na którym można polegać”. Kilka fraz dalej: „Tysiąc słów to tysiąc/ mostów”. Wiersz ten jest najeżony konstatacjami, z których wiele mogłoby funkcjonować w obrocie społecznym jako przysłowia. Na kanwie tego wiersza można powiedzieć, że słowa prowadzić mają wieszcza do cipki, miłość/namiętność damsko-męska jest chujowym wynalazkiem, bowiem ani mężczyzna nie jest w stanie postawić się w ciele kobiety, ani vice versa, i to zawiesza komunię płci, a reszta to jeno kurwizna, kontrakty małżeńskie i byznys. Człowiek stwarza wysoką kulturę, a ludzie nadal się kłócą, hołdując swojemu zdegenerowanemu zwierzęctwu, właściwie, kulturowo to biorąc, diabelstwu. Cywilizacja jest jeno rozbudowanym łowiskiem, zamiast łowiectwa i zbieractwa jest klikactwo i oszustwo.

Baczewski słynie z tego, że potrafi przemycić do wiersza melliczną urodę iloczasu, a także zorkiestrować całą warstwę brzmieniową, tasując znaczenia, żonglując przy tym mitami, śmieszne i poważne łącząc w związki energetyczne będące w stanie doprowadzić do radości lektury największych nawet tępaków i nieuków. Nie trzeba mieć wielkiego rozeznania lekturowego, żeby się świetnie bawić przy wierszach Baczewskiego. Czasami z jego wierszy wychodzi mądrość talmudowych dłubaczy, czasem po prostu autor sprawia wrażenie skryptora siedzącego nad księgami, agnostycznego mnicha poezji. W „Ars Poetica ZLVIII“ czytamy: „Bohaterem tego wiersza jest nic”. W tytułowym wierszu stoi taka fraza: „Sól jest miodem trupów i walutą ziemi”. Przewrotnie autor dorzuca w „Ars poetica LIII“: „Panie prezydencie i Ty,/ wielce szanowna komisjo,/ proszę o wydanie decyzji,/ czy to jest wiersz, czy nie”. Ubzdurała mi się w tym tomie opozycja „róży“ jako najpełniejszego symbolu i słowa „nic“; w świecie drzew i skał poruszanych mową, śpiewem i grą na instrumencie (lirokitara?) „Realna jest tylko śmierć i nic więcej“ („Parmenides powiedział“); w „Komentarzu do Parmenidesa“, stronę dalej, pisze Baczewski tak: „Mowa – mocniejsza niż śmierć”. W wierszu „Próżnia“ proponuje wywód o gównach kosmonautów w przestrzeni kosmicznej, w oku próżni, „Wszystko o Otchłani“ obrazuje bezradność twórcy podczas próby językowego ujęcia rzeczonej otchłani, jakby Baczewski obracał otchłań w ręku jako językową kostkę Rubika; to jest piękne, ale niczego nie odsłania. To jednak nie jest wadą, nikt dotąd nie odsłonił otchłani za pomocą słowa, Golem jest tylko marzeniem. Zastanawiam się, czy autor zetknął się z jakąkolwiek formą przerażającej otchłani, czy doznał jej chociażby w olśnieniu. Poezja wskazuje na to, że tak.


Marek K. E. Baczewski: Projekt „Orfeusz”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016.

    

Dodaj komentarz