Tomasz Dalasiński | Poniedziałek, cz. 5

1.

– Masz takie piękne oczy – zaczął standardowo, bo dobrze wiedział, że kobiety, mimo całej emancypacji, demaskulinizacji, defallocentryzacji (tak tak, tych mądrych słów nauczył się na studiach) i takich tam, wciąż lecą na te same „komplementa”, na które leciały drzewiej. – Kiedy w nie spoglądam, wydaje mi się, że widzę w nich wszystko. Wszystko, co dobre i piękne, co sprawia, że życie nabiera blasku. Jeszcze jednego drinka?

Skinęła głową, a on w odpowiedzi skinął na barmana. Siedzieli na wysokich krzesełkach, opierając się łokciami o ladę jak w jakimś amerykańskim filmie klasy XYZ. Do baru przyszedł przypadkiem; po napisaniu smutnego wiersza i zadedykowaniu go „Mojej Pani” długo krążył po mieście, nie wiedząc, co zrobić ze swoimi świeżo zdruzgotanymi marzeniami. Ostatecznie zdecydował się wrócić do domu, przebrać w czystą koszulę, czyste spodnie i czystą marynarkę, a następnie postąpić tak jak zwykle, czyli zapić smutki. W tym celu udał się najpierw do monopolowego, gdzie zakupił ćwiartkę (europejską, tj. 0,2 l) cytrynówki i dwa piwa, potem za garaże w willowej dzielnicy, gdzie ćwiartkę i piwa opróżnił, a wreszcie przeniósł się do centrum i, głównie z powodu tego, że nagle zaczął padać deszcz, wszedł do pierwszej z brzegu knajpy, w której podrywał dziewczynę w rogowych, pseudohipsterskich okularach oraz ładnym, zapewne nowym, czarnym żakiecie z Zary (czy to ostatnie mógł wiedzieć? I czy na pewno odróżniał żakiet od marynarki?). Dziewczyna weszła tu, kiedy kończył pierwsze piwo z sokiem imbirowym (świetne po cytrynówce) i zrobiła to, co zrobić powinna: ogromne wrażenie. Zagadnął do niej i zaproponował miejsce obok siebie. Nie oponowała.

Barman podał 2x Kokosa W Sztyfcie, czyli malibu zaprawiane skondensowanym mlekiem. Stuknęli się – póki co, jedynie szklaneczkami. [Dla niecierpliwych: na tym, niestety, stukanie się skończy – przyp. narrator].

– Jestem poetą – oznajmił, po raz drugi tego dnia.

– O – odpowiedziała, wyraźnie zainteresowana [żart – przyp. jw.].

– Tak, piszę wiersze. Nowoczesne, może nawet ponowoczesne. Tylko że jak dotąd nikt nie chce ich publikować.

– Przykre.

– Nawet bardzo. A ty czym się zajmujesz?

– Szukam pracy.

– Szukanie pracy to chyba największa bolączka naszych skapitalizowanych do krwi i kości czasów.

– Chyba tak.

– Ja jeszcze nigdzie nie pracowałem. Oczywiście, nie mam na myśli pracy twórczej…

– Oczywiście.

– I jak ci te poszukiwania idą?

– Powoli. Jakoś nie mogę znaleźć niczego satysfakcjonującego.

– To tak jak ja… chociaż ja mam na myśli raczej kobiety – zaśmiał się. – No właśnie: praca pracą, ale

co z życiem osobistym? Masz chłopaka, narzeczonego, męża? – wypity alkohol pozwolił mu na zadanie tego dość, przyznajmy, bezpośredniego pytania.

– Może mam, a może nie mam.

– Może… Po morzu to statki pływają. I potwory morskie, które te statki zjadają. Widziałaś kiedyś potwora morskiego?

– Tak. Na plaży w Sopocie. Wynurzył się z Bałtyku, ważył chyba ze 150 kilo, pełno włosów na klacie, zniszczona gęba, widać, że przedwczorajszy i widać, że z Polski.

Zaśmiał się głośno.

– Lubię poczucie humoru! – mrugnął do niej. – A Polska to jest wielka rzecz. Serce, c’nie?

– No, coś takiego.

– Właśnie. A teraz wybacz – muszę na stronę.

Ociężałym krokiem ruszył w stronę toalety. W toalecie zwymiotował. Wiedział, że wypił za dużo, zwłaszcza na pusty żołądek i na wczorajszego kaca. Wiedział również, że od tej chwili zaczną się problemy: zawsze po wymiotowaniu o charakterze postalkoholowym plątał mu się język, co w obecnej sytuacji było arcyniepożądane. Pech: będzie mu trudno poderwać rozmówczynię. Lecz to, co jest pechem dla jednego, wcale nie musi być pechem dla kogoś innego. Nieszczęście bohatera jest radochą dla nas: za chwilę wejdziemy bowiem w struktury modnej, rwanej narracji, którą od początku chciałem zastosować, lecz nie miałem ku temu odpowiedniej motywacji fabularnej. Dlatego, w głębi duszy pragnąc jeszcze prowadzić interesujący dialog dwójki młodych ludzi, postanowiłem wygenerować zwrot akcji i języka w postaci rzygania w kiblu. No to jazda.

Wrócił na miejsce, usiadł i popatrzył na dziewczynę. Była piękna ale piękna ojej aż by się chciało a tu słowa z takim trudem „Może jeszcze drinka??????” Tak tak Barman to samo razy dwa „Proszę, proszę” łyk i „Zawsze chciałem poznać dziewczynę taką jak ty czy ty też chciałaś poznać kogoś takiego jak ja?” [niewyraźne] kurczę w uszach dzwoni Co ona mówi? Ale pięknie się uśmiecha chyba wszystko OK no więc wypadałoby jakoś pociągnąć Jesteś uroczy, kiedy [niewyraźne] dobrze słyszę? Jestem jestem czyli że ty też lubisz Doorsów? Tyle mamy wspólnego nawet w tym samym czasie w tej samej knajpeczce Cali jesteśmy z powtórzeń Więc może byśmy coś tam razem tak niezobowiązująco no bo po co tak od razu na całego Co? Nie [przerwa] zainteresowana Spokojnie godzina jeszcze młoda alkohol jeszcze nie uderzył w tętnice Tak T.Love to fajne chłopaki naprawdę ładnie śpiewa Niuniek Maniek Muniek cholera A w dzieciństwie miałem lalkę bo lubiłem Śmiech no samochody jakoś nie tego tak się chłopców głupio uczy a tu dżęder dżęder dżęder Więc mieszkałem w takim bloku Ale teraz to bym może hmm w Bieszczady tak do głuszy żeby sobie Barman piwko razy dwa? Chętnie, chętnie dzisiaj można Wiesz że mi się nie udało? Podobała mi się taka jedna ale co tu dużo mówić jakoś tak że znów nie wyszło Widzisz mówię pięknym rytmem niczym w ludowej piosence osiem zgłosek w każdym wersie zaraz zmienię bo już nudno Co? Do toalety Tak zaczekam Proszę weź to na pamiątkę Co to? Kluczyk? Srebrny? Zabrać? No dziękuję na pamiątkę z wielką chęcią klucz do serca

W tym miejscu powinien nastąpić opis dalszych losów bohatera. Trudno będzie je jednak odtworzyć, zachowując jego perspektywę – trzeba bowiem jasno powiedzieć, że bohater nie kumał już zupełnie nic. Po wyjściu dziewczyny oparł się czołem o ladę i urwał mu się film. Załóżmy jednak, że udało nam się znaleźć kilku świadków jego późniejszych peregrynacji, a z ich relacji dowiedzieliśmy się, co następuje: rozmówczyni wręczyła bohaterowi mały, srebrny kluczyk, wyszła do toalety, a potem chyłkiem opuściła bar. Bohater ocknął się po paru minutach, wypił na miejscu jeszcze dwa piwa, a w końcu również opuścił lokal. W monopolowym, który raz już tego dnia odwiedził, kupił piwo „na dojebkę”, wypił na ulicy nie niepokojony przez straż miejską i wrócił do mieszkania (co zajęło mu około trzech godzin). W windzie zgubił kluczyk podarowany mu przez dziewczynę. Po wejściu do mieszkania rzucił się na łóżko i, nie zdejmując ubrania, momentalnie zasnął.

2.

Ulica Podmurna była jedną z najpiękniejszych w mieście. Cel wizyt turystów, miejsce spotkań lokalnej młodzieży i codzienny punkt startowy okolicznej żulerii – to tak na wypadek, gdyby do zrozumienia fenomenu Podmurnej komuś nie wystarczyło pierwsze zdanie i gdyby ów ktoś oczekiwał dodatkowych szczegółów czy atrybucji. No, to teraz już wiadomo. Wszystko?

Szła Podmurną. Już od jakiegoś czasu szła Podmurną. Ulica zdawała się nie mieć końca, co chwila wyrastały przed nią nowe kamienice, sklepiki, puby, co chwila ocierali się o nią nowi przechodnie. W ogóle nie zwracała na to uwagi. Po prostu szła. Podmurną. Odkąd opuściła cmentarz, przestała panować nad swoją wolą, porzuciła intencjonalność i pozwoliła prowadzić się instynktowi. Instynkt zaś zawiódł ją właśnie tutaj (i nadal ją zawodzi).

Już od jakiegoś czasu szła Podmurną. Nie patrzyła przed siebie, nie patrzyła za siebie. Patrzyła w siebie, cokolwiek to znaczy. A im głębiej patrzyła, tym mniej zdawała się widzieć. Zresztą nigdy nie polegała nadmiernie na zmyśle wzroku – to, o czym była święcie przekonana, stanowiło domenę męskości. Mężczyźni, w każdym razie jej mężczyźni, zaczynali właśnie od oka, oko to było to coś, to było właśnie TO. Dla niej TO znajdowało się zupełnie gdzie indziej; kłopot w tym, że nie za bardzo wiedziała, gdzie.

Już od jakiegoś czasu szła Podmurną. Gdyby jakiś bardziej lub mniej przypadkowy przechodzień zapytał ją o to, jak długo idzie, odpowiedziałaby zapewne: „Nie wiem”. Czas w jakiś magiczny sposób zatracił dla niej ciągłość i linearność. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – wszystko to zbiegało się w jednym punkcie, którego w żaden sposób nie była w stanie nazwać. Nie była pewna, czy zrobiła dziś córce drugie śniadanie do szkoły. Nie była pewna, czy ma córkę, czy też dopiero będzie ją mieć. Nie wiedziała, co oznacza dręcząca ją wizja lekarza w strasznej masce pochylonego nad jej waginą. Nie umiała stwierdzić ze stuprocentową pewnością, czy w mieście, w którym właśnie przebywa, rzeczywiście przebywała. I takie tam, możecie już chyba sobie mniej więcej te sprawy wyobrazić. Ogólnie rzecz biorąc, jej kondycję psychiczną trzeba by określać, stosując prawie wyłącznie przymiotniki nacechowane pejoratywnie.

Mimo tego wszystkiego od jakiegoś czasu szła Podmurną. A im dłużej szła, tym krócej, jak jej się wydawało, była tam, gdzie była. Pewnie psychologia zna takie przypadki i potrafi je racjonalnie wyjaśnić. To jednak nie jest (?) powieść psychologiczna, to jest powieść akcji, więc nie będziemy drążyć śliskich tematów, zajmiemy się czymś bardziej, hmm, przyziemnym.

NIE. Bo niby dlaczego? Stan psychiczny bohaterki nie jest, co prawda, w żaden sposób istotny dla dalszego rozwoju fabuły, ale jednak dobrze jest wiedzieć, z kim ma się do czynienia, komu się towarzyszy przez ileś tam stronic. Kłamię. Stan psychiczny bohaterki jest ważny dla dalszego rozwoju fabuły. Mówię prawdę: dobrze jest wiedzieć, z kim ma się do czynienia, i to nie tylko w prozie narracyjnej.

Szła Podmurną. Już od jakiegoś czasu szła Podmurną. Ulica zdawała się nie mieć końca, choć w rzeczywistości liczyła jakieś pięćset metrów. Im dłużej szła, tym krócej była tam, gdzie była. Gdziekolwiek to było. Gdziekolwiek było TO. Szła i trzymała za rękę nigdy nienarodzoną córeczkę. Szły do sklepu obuwniczego, bo małej przydadzą się nowe sandałki. Szły do papierniczego po zeszyt w trzy linie. Szły, bo po prostu musiały iść, bo po prostu iść należało. Jej matka też przecież tak z nią chodziła, kiedy zawsze w sierpniu, przed początkiem roku szkolnego, przyjeżdżały PKS-em na zakupy do miasteczka powiatowego.

Przez moment wydawało jej się, że idzie obok siebie. Nie, nie chodzi tu o jakieś rozszczepienie osobowości. Zwyczajnie – bohaterka usiłowała wcielić się w swoją córkę, żeby ją lepiej zrozumieć, żeby dowiedzieć się, na co mała ma ochotę, a potem spełnić jej zachcianki. Myśli małej były jednak dość meandryczne: lalka, Walt Disney, wata cukrowa, szczeniaczek, pani od polskiego, Facebook, sukienka, miś, obiadek, gra w gumę, chrupki. Szybko przelatujące obrazy, obrazy płynnie przechodzące w inne bez zachowywania porządku przyczynowo-skutkowego, obrazy, z których żadnego nie dało się zatrzymać dłużej niż przez ułamek sekundy. Niełatwo być dzieckiem, pomyślała. Nie umiała zrozumieć własnej córki, dlatego wreszcie postanowiła zapytać wprost:

– Na co masz ochotę?

Odpowiedziała jej głucha cisza. Ale tego właśnie się spodziewała: przecież jej dziecko nigdy się nie urodziło, jak więc mogło jej cokolwiek odpowiedzieć? Tę konstatację przyjęła z pewną ulgą. Niełatwo być dzieckiem, więc całe szczęście, że jej córka nie istnieje. Ma łatwo. Bo naprawdę łatwo jest tylko nie istnieć.

Już od jakiegoś czasu szła Podmurną, choć tak naprawdę czuła, że to ulica przechodzi przez nią i ogląda ją od środka. Czuła, że wszyscy przechodnie patrzą na nią jak na zwykłą dziwkę, która dla pieniędzy zabiła własne dziecko. Czuła, że sklepy i bary wskazują ją palcami i szepczą miedzy sobą: o, morderczyni. Dzieciobójczyni. Grzeszniczka. Mocniej ścisnęła trzymaną w prawej dłoni maleńką rączkę córki. „Co za głupie myśli! – powiedziała do siebie. – Przecież jesteś tu ze mną, zawsze ze mną byłaś”.

Nie umiała sobie wytłumaczyć, dlaczego akurat dzisiaj poczuła tę nachalną obecność swojego dziecka. Przecież „po wszystkim” starała się żyć normalnie, zapomniała o tym, co zrobiła, a sam zabieg traktowała jak pójście do kina czy zjedzenie lunchu – jako część życia. I nagle bum: coś w głowie przestawiło się o 180 stopni, perspektywa spojrzenia uległa zachwianiu. Nie potrafiła tego zracjonalizować, ale z drugiej strony wcale nie uznawała tego za coś tak niezwykłego, jak to z pozoru mogło się wydawać. To najzwyczajniej w świecie działo się i równie zwyczajnie należało to przyjąć z tzw. dobrodziejstwem inwentarza. I ona właśnie teraz po prostu to przyjmowała. Amen.

Już od jakiegoś czasu szła Podmurną. Nad miastem powoli, ale stanowczo zapadał zmierzch i zaczynał siąpić deszcz. Poczuła zmęczenie i usiadła na pierwszych napotkanych schodkach. Ciąg dalszy nastąpi.

3.

Biegł i biegł, nie mogąc, a może nie chcąc, się zatrzymać. Biegłby tak pewnie w nieskończoność, gdyby nagle nie spostrzegł przed sobą kobiety rozmawiającej z kwitnącym krzewem tamaryszku. Nie bardzo wiedział, co to może oznaczać, ale całym sobą czuł, że to MUSI oznaczać coś więcej ponad to, co oznacza w warstwie dosłownej. Tak, to musiała być wskazówka, jaką zsyłają mu niebiosa (los, fatum, przeznaczenie, kosmici – niepotrzebne skreślić).

Dlatego stanął jak wryty. Dlatego zaczął się kobiecie przysłuchiwać, starając się odnieść jej słowa do swojej sytuacji. Z tego, co mówiła, niezbyt wiele był w stanie zrozumieć, niemniej zrozumiał wystarczająco dużo, by skierować się w stronę najbliższego kościoła i skorzystać z sakramentu spowiedzi. Doszedł bowiem do wniosku, że przez tę kobietę mówił do niego Bóg, a Bóg, jak wiadomo, nigdy nie mówi wprost, posługuje się raczej parabolami i metaforami, które najpierw trzeba odczytać, potem zinterpretować, a dopiero na samym końcu wcielić w życie. Tak przynajmniej twierdziła jedna z jego opiekunek w domu dziecka, repatriantka z Kresów, której matkę ukraińscy hilfspolicaje spalili w stodole razem z trzydziestoma trzema innymi mieszkańcami wsi.

Wyspowiadał się więc i opowiedział księdzu o swoim widzeniu, po czym poprosił go o pomoc jako wybitnego specjalistę w dziedzinie konwersacji z niematerialnym. Ksiądz podrapał się po siwiejącej brodzie i stwierdził:

– Synu, Bóg wybacza ci grzechy, to na pewno. Na pewno też Bóg chce ci coś przekazać. Lecz o co może Mu chodzić? Wybacz – nie wiem. Twoja opowieść brzmi zresztą jak marzenie senne. Może zamiast przychodzić tutaj, powinieneś poczytać Freuda? Ja bym tak zrobił. Ale nie martw się, Freuda znam dość dobrze, czytałem po cichu w seminarium. Spróbujmy sobie to wszystko objaśnić. Tamaryszek to, oczywiście i bez żadnych wątpliwości, symbol męskości, której poszukujesz. Kobieta to symbol homoseksualności, którą chcesz się podzielić z tą właśnie męskością. Rozmowa natomiast jest metaforą relacji: brak logiki werbalnej oznacza skomplikowanie twoich związków osobistych. W skrócie: bezskutecznie szukasz swojej drugiej połówki. Czyż nie tak?

Zdumiony przenikliwością spowiednika bohater tylko kiwnął głową.

– W takim wypadku, mój synu, proś, a będzie ci dane. Kołacz, a otworzą ci. Idź do najbliższej knajpy, a tam znajdziesz, czego szukasz. Amen.

Ksiądz trzykrotnie stuknął palcem w konfesjonał.

Z sufitu kościoła wielkie oko Opatrzności mrugnęło do bohatera. Też trzykrotnie.

Bohater opuścił świątynię.

Długo wędrował pełnymi (mimo siąpiącego deszczu) przechodniów uliczkami starówki, czekając, aż intuicja wskaże mu właściwą drogę.

Po pewnym czasie stanął przed drzwiami z płonącym napisem „Zapraszamy!”.

Głos wewnętrzny zakomunikował: „Wejdź”.

Wszedł.

Niedługo potem „słowo stało się ciałem”*.


* Zob. fragment nr 5.

4.

Najpierw szybki reset. Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić. No bo raz – w ogóle nie zna okolicznej knajpianej topografii, nie wie, dokąd się obecnie chodzi, jakie miejsca okupuje młodzież, w jakich przesiadują studenci, a w jakich jedynie stali bywalcy. Dwa – nie wie, dokąd się chodzi, ale, co może nawet ważniejsze, nie wie też, dokąd się nie chodzi. Przecież niewiele trzeba, aby znaleźć się w złym miejscu i w złym czasie, aby paść ofiarą jakiegoś zboczeńca, pedofila, pederasty czy onanisty, jakich pełno włóczy się po podejrzanych, drugo- i trzeciorzędnych spelunach. Wreszcie trzy – czy na pewno wypada, żeby kobieta sama piła w barze alkohol? Dawniej każda samotna kobieta przy ladzie na 99% była prostytutką. A jak jest dziś?

Rozważając wszystkie te sprawy, szła Podmurną (o której dodawać do tego, co już wcześniej zostało powiedziane, chyba nic nie trzeba). W miarę przewidującego Czytelnika nie powinno zdziwić, że po pewnym czasie dotarła do schodków zajmowanych przez prostytutkę-dzieciobójczynię. Przypadek? Zrządzenie losu? Celowy zabieg autorski? Nieważne. Ważne, że „Stara” od razu tę kobietę rozpoznała. Już, już miała zapytać, czy udało jej się odzyskać zgubiony nad ranem kluczyk, ale zawahała się. Kobieta wyglądała dość mizernie, gadała coś do siebie, głaskała powietrze, całowała gotycką ścianę budynku i, ogólnie, zdradzała objawy szaleństwa. „Jeszcze chwila i wywiozą ją do Świecia” – pomyślała nasza bohaterka. [Dla Czytelników nieobeznanych z lokalną jeografią: „wywiozą ją do Tworek”. Na jedno wychodzi, ale Tworki są globalnie znacznie bardziej rozpoznawalne ze względu na, skądinąd bezsensowny, wawocentryzm (a i Bieńczyk w tej materii swoje zrobił) – przyp. narrator].

„Stara” dochodzi zatem do schodków zajmowanych przez bohaterkę fragmentu 4., a my w tym samym momencie dochodzimy do rozwidlenia, i to bynajmniej nie dróg. Mamy bowiem do wyboru dwie bramki fabularne. Bramka nr 1: „Stara” przysiada się do prostytutki i nawiązuje z nią dialog. Bramka nr 2: zniesmaczona „Stara” omija szaloną kobietę i czym prędzej ucieka, gdzie pieprz rośnie. Którą bramkę wybrać? Obydwie zapowiadają się nieźle. W Idź na całość zwykle mogliśmy albo wygrać poloneza czy fiata 126p, albo ustrzelić zonka; tutaj natomiast niewiadoma goni niewiadomą i nie wiadomo (ha, ha), czy ją doścignie. Spróbujmy więc zbudować narracje alternatywne, tak chyba będzie najbardziej sprawiedliwie.

BRAMKA NR 1

– Dobry wieczór pani – zagaja „Stara”. – Czy mogłabym się do pani dosiąść?

Prostytutka podnosi na kobietę wzrok, w którym dopatrzyć się można znamion braku piątej klepki (a może nawet czwartej i trzeciej). Zazdrośnie tuli powietrze.

– Nie wiem, czy pani pamięta – kontynuuje „Stara”, moszcząc się obok dzieciobójczyni – dziś przed południem zgubiła pani kluczyk, taki srebrny, do jakiejś skrytki. Oddałam go takiemu panu, miał przekazać. Przekazał?

Prostytutka jeszcze mocniej tuli powietrze.

– No bo tak sobie myślę, że on może być pani potrzebny. Nie potrzebuje go pani? Jakby co, to ja pamiętam, jak ten facet wyglądał, to mogę na policji zeznać, że ukradł.

– Moje – szepce wreszcie kobieta.

– No tak, przecież mówię, że pani… to nie moja własność, tylko pani. Chciałam ją pani zwrócić, ale tak szybko zwinęła się pani taryfą, że nie zdążyłam.

– Moje! – szept przechodzi w krzyk.

– Ej no, spokojnie! Znajdziemy, proszę się nie martwić. Facet wyglądał na uczciwego, na pewno odda. Tylko to potrwa, bo gościu musi namierzyć taksówkarza, a w amerykańskich filmach zawsze mówią, że to nie takie łatwe.

– Moje i nie oddam nikomu! Już raz mi je zabrali, zabrali, i gdzie ono teraz jest?

– Jezu. U tego mężczyzny. Trudno się z panią rozmawia…

– Oddaj mi ją! To ty ją zabiłaś!

– Słucham!? Zabiłam!? Kogo!?

– Morderczyni… dzieciobójczyni… grzeszniczka…

„Stara” puka się palcem w czoło. „Wariatka” – stwierdza ze znajomością rzeczy. Postanawia jej jakoś pomóc. Z nieba zaczyna siąpić deszcz.

– Wie pani co – chodźmy na drinka, odprężymy się, tym bardziej że pada. Tu obok chyba jest jakiś bar, neon się świeci. Zaprowadzę panią – proponuje i chwyta kobietę za ramiona. Tamta poddaje się jej całkowicie, bezgłośnie ruszając ustami. Wstają i wchodzą do baru.

W barze prostytutka wydusza z siebie trzy słowa: „bezsens”, „koniec” i „toaleta”. „Stara” zwraca uwagę tylko na ostatnie z nich, ponieważ to ono jest najbliższe jej codziennemu, pragmatycznemu doświadczeniu. Odprowadza kobietę do WC, a sama idzie do lady i składa zamówienie. Nie bardzo wie, jak to zrobić, mówi po prostu: „Dwa drinki proszę”. Na szczęście barman jest dość kumaty i sugeruje wódkę z colą. „Stara” kiwa głową z aprobatą. Po zapłaceniu bierze drinki i siada przy wolnym stoliku. Czeka na prostytutkę. Mija minuta, pięć, dziesięć, kwadrans. Kobieta nie wraca. „Stara” postanawia do niej zajrzeć. Wchodzi do kibla. Widok, który tam zastaje, całkowicie ją paraliżuje: stłuczone lustro, a na posadzce pełno krwi. Przez szparę w drzwiach od kabiny dostrzega leżącą na podłodze nową znajomą. Ma podcięte żyły na przegubach obydwu rąk. „Stara” mdleje.

BRAMKA NR 2

„Stara” patrzy na kobietę z wyraźnym obrzydzeniem. Jej nie stać na problemy psychiczne; aby mieć problemy psychiczne, najpierw trzeba zapewnić byt sobie i rodzinie. Od zarania dziejów takie np. migreny miewały tylko szlachcianki i arystokratki, a zwykłych chłopów jedynie napierdalała głowa, co było stanem przejściowym i co wcale nie uniemożliwiało odrabiania pańszczyzny. Tak, aby chorować z urojenia, należy mieć za co chorować.

„Stara” omija prostytutkę i wstępuje do pierwszej lepszej knajpy, gdzie resetuje się do nieprzytomności.

5.

Włączył smartfona i szybko wyguglował lokalne kluby dla zwykłych ludzi. Kilka wyeliminował, biorąc pod uwagę kryterium płatnego wstępu (płaci się za wjazd do dyskotek, a on nie szukał dyskotekowej panienki na jedną noc) i cen drinków (ceny musiały być stosunkowo niskie, odpowiednie do zasobności portfela tzw. szarego Kowalskiego, ale nie zbyt niskie, bo nie chciał przecież spotkać jakiejś menelówy). Z pozostałych propozycji wybrał jedną, posługując się najpopularniejszą metodą wśród graczy w Lotto – chybił-trafił. Chybił jednak, czy trafił?

Zaczekał do wieczora, poplamiony kawą sweter zmienił na inny (też czerwony), wsiadł do taksówki i kazał się podwieźć, gdzie należało. Płonący nad drzwiami napis „Zapraszamy!” zachęcił go do wejścia.

Wszedł.

Szybko zorientował się, że był najstarszym gościem lokalu. Przeważali ludzie młodzi i względnie młodzi (czyli przed trzydziestką). To dobrze.

Zamówił piwo, bo przecież młodzi piją dzisiaj głównie piwo.

Było zimne.

Orzeźwiające.

Smaczne.

Wypił niemal duszkiem i podszedł do baru. O ladę opierała się akurat atrakcyjna blondynka; długo machała przed oczami barmana trzymanym w ręku dziesięciozłotowym banknotem. Barman jednak ignorował ją dokumentnie, obsługując innych klientów.

– Przepraszam, może pani pomóc? – zasugerował ON.

– O, bardzo bym prosiła… Mógłby pan krzyknąć temu typowi, żeby nalał mi Lecha z sokiem malinowym? Chyba mnie nie widzi, jestem taka drobna, filigranowa, nie rzucam się w oczy…

– Fakt, jest pani filigranowa. Ale może być pani pewna, że rzuca się pani w oczy – uśmiechnął się, po czym donośnym głosem spełnił jej prośbę, zaznaczając, że zamówienie ma być przygotowane raz dwa trzy i razy dwa.

Barman uwinął się rzeczywiście szybko.

– Szesnaście złotych – powiedział, podając pokale wypełnione czerwonawym trunkiem.

– Ja płacę – bohater uprzedził dziewczynę, wręczając barmanowi 100 zł. – Reszty nie trzeba.

Tym razem to dziewczyna uśmiechnęła się.

– Szaleje pan – zauważyła.

– Wie pani… moim zdaniem każdy prawdziwy mężczyzna powinien mieć przy sobie zawsze przynajmniej 5000 zł, tak na wszelki wypadek. Nie wiadomo przecież, co się w życiu może zdarzyć. Poza tym pieniądze nie mają aż takiego znaczenia, jakie się im przypisuje. Ale mniejsza o to; czy zechce pani przysiąść się do mnie? Piwo z malinami najlepiej smakuje we dwoje.

– To bardzo miła propozycja, ale przyszłam tutaj z kimś…

– O, ma pani narzeczonego…? – w jego głosie brzmiał zawód. Inaczej: w jego głosie zabrzmiałby zawód, gdyby nie to, że ON sam nie zdążył go poczuć. Zamiast niego poczuł bowiem silny cios w głowę, a potem, już na leżąco, równie silne kopniaki: w twarz, ręce, nogi i korpus. Między kopniakami docierały do niego pojedyncze słowa okładającego go czym się dało napakowanego, łysego gościa: „Kurwa”, „Żebyś”, „Chuju”, „Mojej”, „Laski”, „Wyjebię”, „Zajebię”, „Zakurwię”, a także piskliwy głosik powstrzymującej go dziewczyny: „Misiek, no daj już spokój, pan tylko pomógł mi kupić browara, bo się nie mogłam dopchać!”. Dalej nie pamiętał, gdyż zanotował krótkotrwałą utratę przytomności.

Obudził się na ulicy. Był przemoczony, bo od jakiegoś czasu z nieba padał deszcz. Leżał i z powodu silnego bólu wszystkiego niemal nie mógł się ruszyć; czuł jednak, że ktoś podtrzymuje mu głowę i chusteczkami higienicznymi wyciera lejącą się z nosa krew.

– Lepiej już panu? Ale pana urządził. Dobrze, że go powstrzymali, bo kto wie, jak by się skończyło. Chce pan lekarza? – usłyszał męski głos.

Odwrócił się (na tyle, na ile to było możliwe) i zobaczył nad sobą twarz nieznajomego mężczyzny.

– Nie, dam radę, zaraz wstanę… Dziękuję panu za pomoc – wybełkotał.

– Drobiazg. Ludziom należy pomagać.

– Nie wiedziałem, że ta dziewczyna ma narzeczonego, zresztą tylko zaprosiłem ją do stolika, a on zaatakował mnie od tyłu, nawet nie mogłem się obronić…

– Tacy jak on zawsze atakują słabszych albo atakują znienacka. Wie pan, to zwyczajne samcze ego, nadmiar testosteronu i te sprawy.

– Chyba tak.

– Najgorsze, że przy okazji zwinął panu całą kasę.

– Jak to?

– Ano tak to. Doszedł do wniosku, że skoro płaci pan za dwa piwa 100 zł, to panu nie ubędzie. W zamian schował panu do portfela tę dychę, którą miała jego laska, bo stwierdził, że jest honorowy i nie pozwoli byle komu stawiać piwa swojej kobiecie.

– Rzeczywiście, honorowy człowiek. Takich najbardziej cenię… Nieważne zresztą, stało się. Czy mógłby pan zamówić mi taksówkę? W kieszeni w spodniach mam telefon. Tylko niech pan koniecznie zadzwoni do korporacji, którą znajdzie pan w spisie pod nazwą FIRMA 3, bo siedzę tam w zarządzie i pojadę za darmo, a z tego, co pan mówi, wynika, że aktualnie nie mam czym zapłacić za kurs.

– Pewnie.

Mężczyzna powoli wyjął komórkę, delikatnie przy tym – a może tylko tak zdawało się bohaterowi – dotykając JEGO członka. Na skutek dotknięcia członek, o dziwo, lekko się uniósł. Ten fakt naszego bohatera wprawił w zażenowanie, a opatrującego go mężczyznę – w satysfakcję.

– Zaraz zadzwonię po taksówkę. Gdzie pan mieszka? Odwiozę pana pod dom, bo nie wiadomo, czy wszystko z panem w porządku. A że dziś byłem w kościele, spowiadałem się i zostałem nowym, czystym człowiekiem, muszę zrobić dla pana ten dobry uczynek.

Bohater spojrzał na mężczyznę, nie do końca rozumiejąc, co tamten ma na myśli. Nagle zakręciło mu się w głowie i znów na moment stracił przytomność. Po jej odzyskaniu postanowił jak najszybciej podać mężczyźnie adres i wrócić do domu, a potem wezwać swojego prywatnego, dostępnego 24 godziny na dobę, lekarza w stopniu doktora nauk medycznych.

Taksówka przyjechała szybko. Przez całą drogę mężczyzna podtrzymywał bohatera, choć bohater miał wrażenie, że to nie podtrzymywanie, a miłosne niemal objęcia.

Po jakimś czasie dojechali na miejsce.

Bohater otworzył drzwi.

– Dalej już sobie poradzę – powiedział. – Jeszcze raz dziękuję panu za pomoc. Jeśli kiedyś będę mógł coś dla pana zrobić, to tu jest moja wizytówka, proszę dzwonić o każdej porze.

Mężczyzna schował wizytówkę do kieszeni.

– Właściwie jest coś, co może pan dla mnie zrobić, i to już teraz – powiedział.

– Co takiego?

Mężczyzna pochylił się i szepnął bohaterowi do ucha kilka słów, których ani siedzący z przodu taksówkarz, ani obserwujący sytuację z boku narrator nie mieli prawa usłyszeć.

– Cóż – zamyślił się bohater. – Niecodzienna prośba, ale mam u pana dług wdzięczności. Niech będzie.

Tym razem to bohater pochylił się nad rozmówcą. Spojrzał mu w oczy i lewą ręką lekko odchylił głowę, a chwilę później pocałował go w usta. Całowali się najpierw delikatnie i namiętnie, potem coraz intensywniej i z coraz większą ochotą. Kiedy wreszcie skończyli, mężczyzna pogłaskał bohatera po policzku.

– Do widzenia panu – powiedział.

– Do widzenia – odparł ON, po czym zwrócił się do taksówkarza. – Niech pan go bezpiecznie odwiezie do domu. To dobry człowiek.

Wysiadł i zatrzasnął drzwi.

6.

Udało się, małe zwycięstwo, humor poprawiony. Niestety – na krótko, co uświadomiła sobie, konsumując przyniesioną z marketu i odgrzaną w mikrofalówce lasagne. Zakupy, wbrew pozorom, nie są panaceum na bolączki tego świata; działają raczej jak alkohol – na jakiś czas wpędzają w euforię, by po chwili zepchnąć człowieka w jeszcze czarniejszą otchłań. „No bo niby po co – pomyślała – mi ten elegancki żakiet, skoro i tak nie mam się w nim gdzie i komu pokazać?”. W przewidywalnej przyszłości nie czekała jej żadna nowa rozmowa kwalifikacyjna, a wyjście z przyjaciółmi na przysłowiowe piwo nie wchodziło w rachubę z prostego powodu: od kiedy sięgała pamięcią, przyjaciół nie miała. Dziewczyna, z którą mieszkała, była nikim więcej niż współlokatorką, ich relacje ograniczały się do zdawkowych rozmów w kuchni i sporów o miejsce w kolejce do łazienki. Koledzy ze studiów rozpierzchli się po świecie i ani ich widu, ani o nich słychu. Z ostatnim chłopakiem rozstała się w liceum. I tyle.

Wzięła szybki prysznic i włączyła laptopa. Zalogowała się na Facebooka. Spośród blisko dwustu znajomych tylko z jednym mężczyzną utrzymywała kontakt w tzw. realu, a i tak był to kontakt wymuszony przez okoliczności – mężczyzna był pracownikiem marketu, który regularnie odwiedzała w celu nabycia drogą kupna podstawowych artykułów żywnościowych oraz kosmetycznych. To on skasował jej dziś lasagne. Mimo internetowej, krótkotrwałej zresztą (jakieś dwa tygodnie temu facet wysłał jej najpierw zaczepkę, a potem zaproszenie) znajomości, zawsze mówili do siebie per pan i pani, witali się i żegnali oficjalnymi zwrotami grzecznościowymi, nigdy nie zamienili nawet słowa na tematy wykraczające poza elementarną sytuację komunikacyjną i wiadomości pogodowe. De facto nic między nimi nie było.

Przejrzała posty dodane przez znajomych w ciągu ostatniej doby. Sporo tego: tu kobieta z dzieckiem nad jeziorem, tu mężczyzna w nowym samochodzie, tam pies marki bigiel i jakiś teoretycznie śmieszny, w praktyce żenujący wierszyk. Nuuuuuda. Zamknęła laptopa i spojrzała w okno. Jej myśli bardzo szybko zmieniły tory, po których dotąd się poruszały: zdała sobie sprawę, że brak przyjaciół to w tym momencie jej najmniejszy problem. Za miesiąc całkowicie skończą się oszczędności i dopiero wtedy znajdzie się w dupie czarnej jak antracyt. Musi znaleźć pracę. Jakąkolwiek. Tymczasową. To jest priorytet, a cała reszta to po prostu reszta.

Znów włączyła laptopa. Uruchomiła portal z ogłoszeniami o zatrudnieniu, wybór opcji ograniczyła do swojego miasta. Poszukiwani budowlańcy – nie. Operatorzy wózków widłowych – odpada. Informatycy na umowę zlecenie – phi. Barman/barmanka w cieszącej się sporym powodzeniem knajpie w centrum, okres próbny, potem umowa ze wszystkimi świadczeniami, niezła pensja podstawowa + 20% napiwków kelnerskich… a czemu by nie? Kontakt telefoniczny lub osobisty codziennie po godz. 21. Olać telefony, trzeba tam iść, przedstawić się, pokazać. Co prawda doświadczenia żadnego nie ma, wiedzy tym bardziej, ale szybko się uczy, jest komunikatywna i potrafi robić wrażenie (vide: kilka stroniczek wyżej). Poza tym: gdzie łatwiej poznać jakichkolwiek ludzi, nawiązać znajomości, poczuć się wreszcie jak CZŁOWIEK, niż w knajpie? Praca i życie osobiste, 2 w 1, to jest to, czego teraz potrzebuje. A więc postanowione.

[Zastosowane przez nas wielokropki to, rzecz jasna, symboliczne określenie czasu, jaki pozostał bohaterce do wizyty w barze. W czasie tym niewiele się w jej życiu zdarzyło (makijaż, fryzura, mycie zębów, wybór stroju, kłótnia ze współlokatorką o suszarkę do włosów, wyjście z klatki i szybki powrót po parasol, bo zaczęło padać), zatem za bardzo nie ma o czym opowiadać. Dlatego przypuśćmy, że czas minął i dziewczyna wchodzi do baru – przyp. narrator].

Wchodzi do baru, nie rozglądając się dookoła. Od razu zmierza w kierunku lady. Opiera się o nią łokciami i zagaduje do barmana:

– Dobry wieczór, ja w sprawie pracy, można z szefem?

– Pracy na stanowisku barmana? – pyta barman.

– Tak.

– Nieaktualne. Dosłownie wczoraj zostałem tu zatrudniony.

I koniec.

Nie, nie koniec; koniec marzeń, panowie, ale nie koniec opowieści. Zawiedziona dziewczyna stała naprzeciwko tego, któremu się udało, tępo się w niego wpatrując. Z odrętwienia wyrwał ją dopiero męski głos:

– Można postawić pani drinka?

Spojrzała w jego stronę. Właścicielem głosu był młody chłopak, pewnie student, który sączył imbirowe piwko. Nie czekając na jej odpowiedź, zamówił 2x Kokosa W Sztyfcie i wskazał dziewczynie miejsce obok siebie. Usiadła, bo czemu by nie. Pili w milczeniu, dość szybko. Po pewnym czasie chłopak zaproponował jej przejście na „ty”, na co przystała, nie mając żadnych lepszych pomysłów na rozwinięcie akcji.

– Masz takie piękne oczy – zaczął w końcu on. – Kiedy w nie spoglądam, wydaje mi się, że widzę w nich wszystko. Wszystko, co dobre i piękne, co sprawia, że życie nabiera blasku. Jeszcze jednego drinka?

Skinęła głową, a on w odpowiedzi skinął na barmana. Siedzieli na wysokich krzesełkach, opierając się łokciami o ladę jak w jakimś amerykańskim filmie klasy XYZ. Właściwie nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się z nim tutaj zostać. Ten chłopak tak naprawdę nie przypadł jej do gustu, czuła, że już sporo wypił, poza tym był dla niej nieco za młody. Została tu chyba tylko dlatego, że gdzieś z tyłu głowy kołatała jej się myśl, iż z zaplanowanych na ten wieczór 2 w 1 pozostało jej już tylko jedno i właśnie tego jednego należało się trzymać.

Barman podał 2x Kokosa W Sztyfcie. Stuknęli się szklaneczkami.

– Jestem poetą – oznajmił chłopak.

– O – odpowiedziała tylko, bo nie za bardzo wiedziała, jak zareagować na taką autoprezentację.

– Tak, piszę wiersze. Nowoczesne, może nawet ponowoczesne. Tylko że jak dotąd nikt nie chce ich publikować.

– Przykre – skonstatowała, choć tak naprawdę miała to gdzieś.

– Nawet bardzo. A ty czym się zajmujesz?

– Szukam pracy.

– Szukanie pracy to chyba największa bolączka naszych skapitalizowanych do krwi i kości czasów.

– Chyba tak.

– Ja jeszcze nigdzie nie pracowałem. Oczywiście, nie mam na myśli pracy twórczej…

– Oczywiście.

– I jak ci te poszukiwania idą?

– Powoli. Jakoś nie mogę znaleźć niczego satysfakcjonującego.

– To tak jak ja… chociaż ja mam na myśli raczej kobiety – zaśmiał się. – No właśnie: praca pracą, ale co z życiem osobistym? Masz chłopaka, narzeczonego, męża?

Nie była gotowa na takie pytanie. Co go to obchodziło? Romansować z nim nie miała zamiaru, na przyjaźń też się nie zanosiło. Cóż, dłuższe pozostawanie w tym barze i w tym towarzystwie groziło powiększeniem i tak już przerośniętej, wypełnionej absurdem i beznadzieją, bańki, którą nosiła w klatce piersiowej zamiast serca. Trzeba się szybko z tego wyplątać. Niech gościu spada na ściaw. Musiała go spławić.

– Może mam, a może nie mam – powiedziała dowcipnie (?).

– Może… Po morzu to statki pływają. I potwory morskie, które te statki zjadają. Widziałaś kiedyś potwora morskiego?

– Tak – postanowiła kontynuować żartobliwy styl wypowiedzi. – Na plaży w Sopocie. Wynurzył się z Bałtyku, ważył chyba ze 150 kilo, pełno włosów na klacie, zniszczona gęba, widać, że przedwczorajszy i widać, że z Polski.

Zaśmiał się głośno.

– Lubię poczucie humoru! – mrugnął do niej. – A Polska to jest wielka rzecz. Serce, c’nie?

– No, coś takiego.

– Właśnie. A teraz wybacz – muszę na stronę.

Ociężałym krokiem ruszył w stronę toalety. Nie było go dobry kwadrans. Podczas tego kwadransa najpierw powoli sączyła alkohol, a potem trzy razy wstawała z zamiarem opuszczenia knajpy i tyle samo razy z powrotem siadała na krzesełku. Była bardzo dobrze wychowana, a ludziom bardzo dobrze wychowanym nie wypada (nigdy!) wychodzić po angielsku.

Chłopak wreszcie wrócił na miejsce, usiadł i popatrzył na dziewczynę wzrokiem zdradzającym brak umiejętności wiązania myśli i całkowitą swobodę asocjacji. Zaczął bełkotać coś o kolejnym drinku, na co kurtuazyjnie się zgodziła, coś o poznawaniu jakichś dziewczyn, o byciu z powtórzeń, Doorsach i T.Love, lalce z dzieciństwa, ideologii gender, Bieszczadach, piwie, którego by się napił i ludowych piosenkach. Kompletny chaos. Wydawało jej się, że każde jego słowo jest rozlewającą się na wszystkie strony, bez żadnego ładu i składu, boleśnie szeleszczącą rzeką. Blalblalalalabluu Barman Blablabla Chciałbym poznać Blalalablablablalaaaaal Lubisz Doorsów? Bllabbbaaalalala Tętnice Niuniek Blablaaablaaa Znów nie wyszło Blaaaaaaaaaaaaaa itd. Ciężka sprawa. Kilkukrotnie starała się mu przerwać, informując, że nie jest zainteresowana żadnymi bliższymi relacjami i że, choć chłopak jest może nawet trochę uroczy, to na niej ten typ uroczości wrażenia nie robi. To jednak nie pomogło. Dlatego postanowiła rozstać się z nim bardziej stanowczo.

– Idę do toalety.

– Blablaablaaa Zaczekam.

Sięgnęła do torebki, żeby wyjąć z niej portfel i zapłacić za wypite drinki, bo chłopak nie wyglądał na kogoś, kto ma przy sobie jakąkolwiek gotówkę, zaś osoba bardzo dobrze wychowana, taka jak ona, nie może najpierw skorzystać z usługi, a potem nie uiścić za nią należytej opłaty. Szukając drobnych, natknęła się na podarowane jej przez NIEGO serwetkę z numerem telefonu i kluczyk. Westchnęła. Serwetkę schowała z powrotem; czuła, że mimo wszytko okaże się ona jeszcze przydatna. Kluczyk natomiast, dla niej całkowicie bezwartościowy i swoją natarczywą obecnością niemal namawiający do pozbycia się go, wręczyła chłopakowi, mówiąc krótko:

– Proszę, weź to na pamiątkę.

Odbełkotał coś w odpowiedzi i oparł się o ladę, patrząc w nicość. Dziewczyna udała się do toalety, zrobiła, co musiała i chyłkiem opuściła lokal. Nocnym autobusem dotarła w okolice swojego bloku. Jakiś czas spacerowała od klatki do klatki, zastanawiając się, czy zadzwonić do NIEGO i wreszcie zmienić swoje życie. W trakcie spaceru została napadnięta przez dwóch mężczyzn. Przetrząsnęli jej torebkę, ze zdziwieniem stwierdzając, że jest tam tylko bezużyteczny dla nich telefon i 10 złotych. „Nie masz kasy, to dasz co innego” – powiedzieli, drapiąc się po łysych głowach, a potem, po kolei, zgwałcili ją. Krzyczała, ale nikt nie zareagował. Modne, rogowe, pseudohipsterskie Ray-Bany wylądowały w pobliskich krzakach. Nowy żakiet z Zary rozdarł się w trzech miejscach. Wiatr zabrał ze sobą wyrzuconą z portfela serwetkę z numerem telefonu.

Po wszystkim mężczyźni oddalili się w nieznanym kierunku, a ona, nafaszerowana mieszanką strachu, szoku, niedowierzania i upokorzenia, weszła do mieszkania, położyła się w łóżku w pozycji embrionalnej i głośno zapłakała.

7.

Kim jestem? To pytanie spędza mi sen z powiek. Samodefiniować się można tylko w odniesieniu do czegoś, np. butelek do punktu skupu, ale czym są butelki i jak istnieje skup? Chemia organiczna (nieorganiczna?) i prawidła wolnego rynku nie są moją mocną stroną. Pomińmy ten temat i spróbujmy sobie przypomnieć, w którym momencie naszej opowieści zwątpiliśmy w to, że tożsamość bohaterów jest raz na zawsze ustalona. W żadnym? Och, a więc chyba wyprzedzam wypadki. Nazywa się to antycypacja, zresztą nieważne, jak by to się nazywało, ważne, co dzięki temu osiągamy.

Nagła podmiana osobowości, która nie jest umotywowana niczym poza widzimisię narratora i zwyczajnym przypadkiem, czy literatura to przewidziała? Pewnie tak. A nawet jeśli nie, to od tej pory musi, gdyż zastosowany przez nas chwyt całkowicie zmienia oczekiwania odbiorców. Dzięki takiemu zabiegowi dajemy Czytelnikowi do myślenia i zmuszamy go do ponownej lektury, bo przecież wiadomo, że brak ustalonej tożsamości postaci sprawia, iż nasza opowieść wcale nie jest opowieścią (li tylko) realistyczną, jak to się na początku wydawało, że kryje w sobie coś więcej. Ale co?

Do poruszenia w tej odsłonie pozostaje już tylko jedna kwestia, mianowicie: dlaczego ja, pisarz polski, my trzecioosobowy narrator, raz mówię o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a raz mówimy o sobie w pierwszej osobie liczby mnogiej? Odpowiedź jest prosta – bo mogę (możemy). Ha, ha.

Dodaj komentarz