Tomasz Dalasiński | Poniedziałek, cz. 6

1.
Obudził się nad ranem. Głowa bolała go niemiłosiernie. Skutki wczorajszych imprez zawsze były tym, czego najbardziej nie lubił w idei imprezowania, zwłaszcza w poniedziałki (tj. po dwu-, a czasem nawet trzydniowym piciu). Poniedziałków zresztą nienawidził szczególnie i nawet jakby niezależnie od na stałe związanego z nimi kaca. Skądinąd, z wzajemnością. Wracając jednak do skutków: dobrze wiedział, że ból głowy i żołądka to skutki wkalkulowane w świadomie przez niego przyjęty tryb życia, skutki nie do uniknięcia (właściwie – można ich było uniknąć w sposób najprostszy z możliwych, ale nigdy nie był w stanie zebrać się na odwagę, żeby to zrobić).

Otworzył lewe oko. Sufit zawirował. Otworzył prawe oko. Do mózgu wleciał mu helikopter.

– O o no i e cholera Ale no cholera uuuu, może przecinek na oddech, ech uuu Moja głowa Kto tak porusza tym pokojem Kto mi tak od środka okłada żołądek jak Gołota Tysona a może odwrotnie Auuuuuu no ile jeszcze ile jeszcze – wybełkotał coś w tym stylu. Naprzemienne otwierał i zamykał oczy, wdychał i wydychał naalkoholizowane do granic możliwości powietrze. Słowem: zbierał się do kupy. Dajmy mu na to trochę czasu, w międzyczasie (he, he) przybliżając jego sylwetkę.

Robił w życiu wiele rzeczy, ale zawsze starał się być uczciwy. Teraz też. Od roku pracował w przedsiębiorstwie oczyszczania miasta, a jego zadaniem było zamiatanie chodników. Do wyznaczonego przez zakład miejsca przyjeżdżał specjalny bus, w którym znajdował się cały ekwipunek: zielony uniform, zielona czapeczka, zielone rękawice, pojemnik, wiadro, szczotka, szufelka, nóż i butelka wody, a zimą termos z gorącą herbatą. Bus wiózł grupę pracowników najpierw na pierwszy, potem na drugi, potem na trzeci, potem na czwarty, potem na piąty, potem na osiemnasty rewir. I tak dzień w dzień, z wyjątkiem niedzieli.

Wstał z łóżka i poszedł do łazienki. Ochlapał twarz zimną wodą i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wczorajszy dzień zakończył się dla niego dość nietypowo. Przypomniał sobie, że był świadkiem samobójstwa jakiejś prostytutki; nie mógł już sobie jednak przypomnieć, gdzie ją poznał i w jaki sposób znalazł się z nią w tym samym miejscu (którego zresztą też nie pamiętał) i w tym samym czasie. W zasadzie do głowy nie przychodziło mu teraz nic poza widokiem zwłok kobiety i kałuży krwi w śmierdzącym knajpianym kiblu. Widokiem, który – co jego samego zaskoczyło chyba nawet bardziej niż nas, czytelników tej historii – w ogóle nie zrobił na nim wrażenia. „Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślał filozoficznie, puszczając do siebie oko w zaśniedziałym lustrze.

2.
Obudziła się nad ranem i stwierdziła, że to już niemal przedpołudnie. Czasu nie było wiele: szybki de- i remakijaż, szybkie śniadanie, szybkie narzucenie sukienki i szybki seks (nie no, o tym ostatnim tylko marzyła, zwykle wszelakie stosunki wlekły się niemiłosiernie).
Wybiegła z mieszkania i złapała taksówkę. Czekanie na tramwaj nie wchodziło w grę, właściwie już była spóźniona, jak kiedyś jej okres (ale to, jak już wiemy, zakrywa zasłona milczenia).
Jechali dość szybko. Spojrzała na zegarek. 10.14. Do celu jeszcze 10 minut, więc chyba zdąży na styk. Dzięki przyswojeniu tej wiedzy rozluźniła się na tyle, że postanowiła zagadać do taksówkarza.

– Ładny dzisiaj poniedziałek – powiedziała, bo nic innego nie przyszło jej na myśl.

– Tak – potwierdził kierowca.

Zapadło milczenie.

– Wczoraj też było ładnie – mimo wszystko starała się nawiązać dialog.

– Wczoraj? Pani, wczoraj to lało jak z cebra, normalnie kałuże takie, że dwa razy ochlapałem przechodniów, chociaż jechałem dwadzieścia na godzinę.

Nie odpowiedziała. Chyba wczoraj przebywał w jakimś innym mieście albo coś mu się pomyliło. Albo po prostu jest zwykłym dziwakiem. Przecież wczoraj był największy upał w tym roku.

– A panią – kontynuował kierowca, patrząc we wsteczne lusterko – to ja znam. Już nieraz wiozłem panią. Wczoraj zresztą też. Pani mnie, widzę, nie poznaje, no i nic dziwnego, kto by tam zwracał uwagę na taryfiarza.

Spojrzała w lusterko. Rzeczywiście, twarz taksówkarza niewiele jej mówiła. W pewnym momencie doznała olśnienia.

– Proszę pana, wczoraj nie mógł mnie pan nigdzie wieźć, bo cały dzień spędziłam w domu. Zresztą, nie byłam tam sama.

– No, to się wie – zaśmiał się, chrząkając – mówiłem, że już panią tu i ówdzie wiozłem, więc wiem, w czym rzecz.

Albo jej się wydawało, albo puścił do niej oko w lusterku. Ciarki przeszły jej po plecach.

– Niby co pan wie?

– A co ja tam będę pani mówił, ja różnych ludzi wożę, różne rzeczy wiem, panią też wożę, to swoje wiem, ot co. Wczoraj też panią wiozłem z tego klubu, gdzie pobili tę laskę. Dziwnym trafem to pani się nią potem opiekowała. Niech pani nie udaje. Ostro była pokiereszowana, ale chyba wszystko z nią w porządku, co?

Zamyśliła się. Rzeczywiście, wczoraj była w jakimś klubie, widziała, jak napakowany koleś bije kobietę za to, że ta podrywa jego dziewczynę. Pomogła jej, bo wcześniej była u spowiedzi i stała się nowym, czystym człowiekiem, musiała więc spełnić dobry uczynek. Zastanowiło ją tylko to, że na końcu podróży postanowiła spróbować lesbijskiego pocałunku. Jako zadeklarowana heteryczka postąpiła dość nierozsądnie, teraz odczuwała z tego powodu wstyd i zmieszanie. Nie umiała sobie wytłumaczyć, skąd ten nagły poryw homoseksualizmu, poryw, o którym pewnie już wiedzieli wszyscy „branżowi”.

– No, jesteśmy. 35 zł się należy – z zadumy wyrwał ją dopiero głos taksówkarza. Wysiadła i spojrzała w dal, niczego przy tym nie widząc. „Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślała, po czym uderzyła się kilkukrotnie dłońmi w policzki, przywracając umysłowi należną mu równowagę.

3.
Obudził się nad ranem. Dzisiejszy dzień miał być dla niego najważniejszy w dotychczasowym życiu, zaznaczył go nawet w kalendarzu czerwonym markerem. Na ten poniedziałek czekał od dwóch tygodni, kiedy to otrzymał telefoniczne zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy w dziale sprzedaży jednego z marketów międzynarodowej sieci, w skrócie: w sprawie roboty na kasie. Może to i niewiele, pewnie na zlecenie, ale dla niego miało to ogromne znaczenie. Pół roku temu opuścił więzienie, do którego trafił za napad z bronią w ręku (broń była zwykłą gazówką. Niestety, wystrzelił z niej napadniętemu mężczyźnie prosto w twarz). W więzieniu przeszedł metamorfozę. Nie, nie stał się dobrym człowiekiem; stał się człowiekiem innym. Kiedy zamknęły się za nim kraty pięcioosobowej celi, wiedział o sobie niewiele: był niskim, pryszczatym chłopczykiem, który nigdy nie miał śmiałości do dziewczyn. Właściwie dziewczyny niewiele go interesowały, co nawet trochę go niepokoiło. Dzieciństwo spędził w bidulu, tam nauczył się kraść, tam po raz pierwszy wypalił trawę. Potem, żeby mieć na działkę, kradł coraz więcej, aż w końcu przesadził i wpadł.

W pierdlu, mówiąc bez ogródek, został cwelem. Cieszył się z tego jak dziecko: do tej pory chyba nie chciał uświadomić sobie własnej orientacji, ale od czasu, kiedy Łysy i Masa zerżnęli go w pralni, powoli zaczęło do niego docierać, kim jest naprawdę. Homoseksualizm stał się jego dumą. Gejostwo jego tarczą. Parówki jadał chętnie. Uwielbiał jazdę na rowerze.
Po opuszczeniu więzienia postanowił zmienić swoje życie. Gdy włóczył się po pustych prawie ulicach (lał okropny deszcz i wiał okropny wiatr), zatrzymała się obok niego taksówka. „Mercedes” – zauważył. Merca rozpoznawał wszędzie: jeśli gość jeździł mercedesem, to nieważne, jak by wyglądał i co miał na sumieniu, trzeba mu się było oddać, żeby potem mieć z tego jakąś korzyść. To był jego pierwszy raz w roli męskiej prostytutki. Później razy te należało już liczyć w dziesiątkach, a nawet w setkach. Nieźle się na tym dorobił. Życie, jak sądził, stało przed nim otworem. Aż do wczoraj: wczoraj, z niewiadomych (według policji) przyczyn, popełnił samobójstwo w kiblu jednej z najbardziej znanych w mieście dyskotek. Podciął sobie żyły kawałkami rozbitego lustra. Nie miał pojęcia, dlaczego to zrobił i dlaczego właśnie teraz sobie o tym przypomniał. „Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślał tylko i wzruszył ramionami.

4.
Obudziła się nad ranem. Dokładniej: obudziła się bladym świtem, jak co dzień. Jak co dzień nie miała ochoty wychodzić z domu, ale (znów jak co dzień) musiała. Bycie samotną matką zobowiązuje, o 6 trzeba stawić się tu i tu, potem popracować, żeby zarobić na pampersy, kaszki i takie tam, a wreszcie pójść na zajęcia. Całe szczęście, że córka jest już prawie dorosła i potrafi sama zrobić sobie śniadanie i wyprawić się do szkoły. Chodzi do szóstej klasy, niedługo będzie zdawać egzamin końcowy. Potem pójdzie do gimnazjum. Oby tylko na tym nie poprzestała, bo skończy tak jak jej matka: ciąża w wieku szesnastu lat, ojciec spierdalający za granicę, państwo nakazujące płacić alimenty (ściągalność zerowa), rodzice wywalający z domu i każący radzić sobie samej. Dzięki wsparciu świętej pamięci babci małej nie zabrali do domu dziecka. Niestety, babcia szybko umarła, więc trzeba było znaleźć jakąkolwiek pracę, żeby, jak to się mówi, mieć co do garnka włożyć.

Na szczęście wyszła na prostą. Pracowała i od dwóch miesięcy studiowała filologię polską na jednym z bardziej znanych uniwersytetów. Na zajęcia uczęszczała, kiedy tylko było to możliwe, a było to, powiedzmy sobie szczerze, możliwe dość rzadko. Teoretycznie mogła zostać przez to skreślona z listy studentów, ale jeszcze się tym nie martwiła. Martwiła się tylko jedną rzeczą: że zakochała się w panu doktorze od nauk pomocniczych, który, jak głosiła wieść gminna, doktorat zrobił, przekonując swoją promotorkę, ówcześnie i dziś panią dziekan, do swoich koncepcji literaturoznawczych poprzez wypróbowywanie możliwości języka w warunkach laboratoryjnych (łóżkowych). Dzięki temu, głosiła dalej wieść, mimo pięćdziesiątki na karku i braku habilitacji nadal spokojnie prowadził zajęcia, ba, miał nawet nadgodziny, co w tych czasach było albo cudem, albo wynikiem jakichś nieczystych zagrywek.

Smarując masłem lekko już czerstwe bułki z Tesco, przypomniała sobie, że wczoraj próbowała pana doktora uwieść. Zebrała się na odwagę, bo przecież i tak nie miała nic do stracenia. Niestety, nie udało się; dojrzały mężczyzna nie uległ wdziękom młodej kobiety, co było zupełnie wbrew męskiej naturze, tak drobiazgowo analizowanej w niemal każdym numerze „Bravo”. Świat obracał się o 180 stopni, na ziemi działy się rzeczy niezwyczajne, już o niczym nie można było tak po prostu być przekonanym.

Wzięła kęs bułki z żółtym serem. „Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślała, żując twardy miąższ i próbując jakoś podsumować wyciągnięte przez siebie niczym króliki „Playboy’a” z czapek-uszatek wnioski – „ale nic to; dziś poniedziałek, początek nowego tygodnia. To dobry moment, żeby spróbować jeszcze raz. W końcu musi się udać”.

5.
Obudził się nad ranem i z dumą rozejrzał po sypialni. Spełniło się: jest właścicielem sporej firmy, świetnie zarabia, ma ponad dwustumetrowy dom za miastem, trzy dwuletnie, niemieckie auta i masę innych mniej lub bardziej potrzebnych, ale, co najważniejsze, lanserskich, gadżetów (typu samolot ultralekki i minilunapark w ogrodzie). Każdego ranka lubił napawać oczy i duszę tym, co osiągnął. Stał się kimś. Bycie kimś sprowadzało się dla niego do sukcesu zawodowego, choć ostatnimi czasy stwierdził, że pięćdziesiątka to najwyższy czas, aby odnieść sukces także w innej dziedzinie życia. Mianowicie – postanowił znaleźć żonę. Nie kochankę, nie dziewczynę do towarzystwa, ale właśnie żonę. Nie chodziło mu zresztą o miłość, w miłość za bardzo nie wierzył – powtarzał często, że świat stoi na stosunkach, ale są to stosunki przewagi i podległości, a nie jakieś romantyczne wzloty i upadki.

Wczorajszego wieczoru podrywał w knajpie studentkę polonistyki, ale nic z tego nie wyszło. Knajpa była pusta, jak to w poniedziałki, nie miał więc praktycznie żadnej konkurencji, a mimo tego nie stanął na wysokości zadania. Tak czasem bywa. Zaraz, zaraz: jak to w poniedziałki? Przecież poniedziałek jest dzisiaj, o, tu jest kalendarz, kalendarz nie kłamie. Dni zlewają się w jedno, to pewnie przez nawał pracy, tryliardy spotkań, telefonów, maili.

Z kuchennej szafki wyjął filiżankę, wsypał do niej dwie łyżeczki kremowej Nescafé i włączył czajnik. „No więc nie poderwałem jej. Wyszliśmy z baru, ona poszła w swoją stronę, a ja w swoją – zastanowił się i podrapał po głowie. – Poszedłem? Pojechałem? Cholera, nie pamiętam. Siedzieliśmy przy stoliku, a potem…”. CO?????? Wspomnienie, które przyszło mu właśnie do głowy, wydawało się wspomnieniem kogoś innego. Otóż: wracając do domu, został napadnięty przez dwóch mężczyzn. Przetrząsnęli jego teczkę, ze zdziwieniem stwierdzając, że jest tam tylko bezużyteczny dla nich telefon, karta bankomatowa, do której nie znali PIN-u i 10 złotych. „Nie masz kasy, to dasz co innego” – powiedzieli, drapiąc się po łysych głowach, a potem, po kolei, zgwałcili go. Krzyczał, ale nikt nie zareagował. Drogie okulary, które miał na sobie, wylądowały w pobliskich krzakach. Nowe spodnie z Mediolanu rozdarły się w trzech miejscach. Wiatr zabrał ze sobą wyrzuconą z portfela kartę do bankomatu.

Po wszystkim mężczyźni oddalili się w nieznanym kierunku, a on, nafaszerowany mieszanką strachu, szoku, niedowierzania i upokorzenia, wszedł do domu, położył się w łóżku w pozycji embrionalnej i głośno zapłakał.

Czy to na pewno JEGO wspomnienie? No ba, a kogóż by? Przecież pamięta dokładnie, zdarzenia przewijają się teraz przed jego oczami jak film, klatka po klatce, sekunda po sekundzie. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: wczoraj został zgwałcony.
Czajnik zawył przeraźliwie. „Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślał bohater, melancholijnie wpatrując się w parę skraplającą się na szybie.

6.
Obudziła się nad ranem. Koleżanka, z którą wynajmowała kawalerkę, wyszła do pracy pół godziny wcześniej niż zwykle, dzięki czemu łazienka i aneks kuchenny pozostawały do jej wyłącznej dyspozycji. Skwapliwie skorzystała ze wszystkich dobrodziejstw: ubikacji, prysznica, czajnika, chlebaka i lodówki.

Była kobietą, nie tylko w swojej opinii, ładną. Z urody natomiast warto uczynić atut, nawet jeśli miałby to być jedynie atut towarzyszący, bo w życiu przecież, myślała, nie o to chodzi, aby dobrze wyglądać, liczy się to, co się potrafi i czego jeszcze człowiek jest się w stanie nauczyć, by zadowolić tych, od których zadowolenia zależy nasze być albo nie być.

A zadowolenie zdawało się być jej właśnie dzisiaj szczególnie potrzebne. Ten dzień mógł nareszcie odmienić jej los. Odkąd skończyła studia ekonomiczne i te z zakresu zarządzania, do tego tysiąc pięćset rozmaitych kursów i podyplomówek, nie mogła znaleźć pracy, która by ją w 100% (zwłaszcza od strony finansowej) satysfakcjonowała. Pracowała w różnych firmach na różnych stanowiskach, na różnych szczeblach, ale nigdy nie czuła się wystarczająco doceniona. Była prawdziwym zwierzęciem korporacyjnym, tyle że, jak dotąd, czuła się bardziej jak zwierzę w zoo niż jak zwierzę na wolnym wybiegu. Nie podobało jej się to, dlatego rezygnowała z kolejnych stanowisk, żyjąc skromnie i czekając na to, co, jak sądziła, z racji jej wykształcenia i wiedzy należy jej się jak psu kość.

Równo tydzień temu zadzwoniła jej komórka. Facet po drugiej stronie przedstawił się jako pewien znany biznesmen i zaprosił ją na rozmowę kwalifikacyjną na kierownicze stanowisko w jednej ze swoich spółek-córek. Początkowo nie uwierzyła: przecież w takim wypadku do potencjalnego zainteresowanego dzwonią rekruterzy, żaden szef nie traci czasu na takie pierdoły, bo ma na głowie jedną znacznie ważniejszą sprawę: mnożenie kapitału. A jednak: wszystkie informacje się zgadzały, a numer, który wyświetlił się jej na ekranie (sprawdziła w necie), był oficjalnym numerem TEJ WŁAŚNIE firmy. A więc tak! Oto dzwonił do niej i zapraszał na rozmowę człowiek, o którym można było powiedzieć: ON (koniecznie wersalikami). A dziś wreszcie nadszedł magiczny dzień ich bezpośredniego spotkania. Tak, ten poniedziałek mógł odmienić jej los.

Szybko zjadła śniadanie i postanowiła zrobić delikatny, schludny, ale też nieco erotyczny make-up. I wtedy doznała szoku. Jej twarz była pokiereszowana, poraniona i pełna siniaków. Widok własnego odbicia w lustrze wywołał u niej przypływ bólu, fizycznego i psychicznego. Skąd te ślady? Zaraz, zaraz… tak. Niestety, tak. Teraz sobie przypomniała. Wczoraj przeholowała z alkoholem – piła samotnie w knajpie i nagle poczuła dochodzący Bóg wie (wie???) skąd poryw homoseksualizmu. Zaczęła przystawiać się do atrakcyjnej blondynki, kupiła jej piwo i zaprosiła do stolika. Pech chciał, że dziewczyna była hetero i że przyszła do baru z samcem alfa. Samiec zmasakrował bohaterkę, gdyż uznał, że ta bez wcześniejszego uzgodnienia (przecież przystałby na trójkącik!) przekroczyła granice jego terytorium i usiłowała ukraść jego własność. A kradzież to już nie są żarty, to sprawa poważna, przekroczenie przykazania. Kto wie (Bóg???), jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pomoc tajemniczej kobiety. Kobieta ocuciła ją, wytarła z krwi, zaproponowała lekarza i odwiozła taksówką pod blok, a w zamian zażądała pocałunku. Prośbę spełniła z przyjemnością; smak tego pocałunku miała na języku do teraz.

Westchnęła. W związku z tym, że jej twarz wyglądała jak wielokrotnie używana deska do krojenia mięsa, praca w JEGO firmie była raczej stracona. Ale ta kobieta… tak, będzie jej szukać. Znajdzie taksówkarza, znajdzie świadków pobicia w barze, a w końcu znajdzie ją samą.
„Jakieś dziwne to wszystko” – pomyślała, uśmiechając się siebie. – „Ale inne być nie może”.

7.
Wszystko zaczyna się od nowa. Wszystko się powtarza, choć w innych dekoracjach i konfiguracjach. Wszystko jest płynne.

Pętla – tak to chyba można nazwać. Pętla zaciągnięta w wielu miejscach, a przez to niemożliwa. Niemożliwa, bo fikcjonalna. Fikcja zaś jest z natury prawdziwa; fikcyjne jest tylko to, co za jej pomocą się wyraża. I co z tego wynika?

Na pętli można zawrócić albo się powiesić.

Guzik z pętelką, a kto czytał, ten trąba. Czy jakoś tak.

7 bis.
Proszę Państwa, a teraz parabaza. Coś od autora, co, być może, ułatwi nieco interpretację clou [!] naszej (o)powieści.

Przyjrzyjmy się wspólnie lejtomotywowi tej książeczki, jej właściwemu zwornikowi fabularno-symbolicznemu. Bo pewnie wielu z Was, jeśli nie każdy, zastanawia się teraz: wszystko OK, ale o co, do jasnej cholery, chodziło z tym małym, srebrnym kluczykiem?. Rozwiązań owej zagadki może być milion pięćset dwanaście tysięcy sześćset trzydzieści siedem (i pół). Spośród tak wielu opcji trzeba wybrać najlepszą. To, co wiemy na pewno, to to, że kluczyk jest jak walizka z Pulp Fiction – widzimy go, ale nie mamy pewności, czy do czegoś służy, czy jest kluczem do jakiejś skrytki, czy jakakolwiek skrytka istnieje, a jeśli tak, to co się w niej znajduje. Poza tym nie wiemy nic. A może kluczyk ma znaczenie wyłącznie symboliczne i nie służy do niczego poza sprowadzaniem Czytelników na manowce i wodzeniem ich za nosy? Przypuśćmy, że tak właśnie jest. I to w zupełności wystarczy.

Dodaj komentarz