Tomasz Kaliściak | Homo coco, czyli Witkacego „tabletka gwałtu”

Kiedy John Pemberton, aptekarz z Georgii, stworzył w 1887 roku recepturę Coca-Coli, popularnego napoju na bazie wyciągu z liści koki i orzeszków kola, łagodzącego wszelkie dolegliwości nerwicowe, w południowych stanach USA wybuchła panika zabarwiona rasistowskim podtekstem. Czarni mężczyźni pod wpływem kokainy dokonywali ponoć gwałtów na białych kobietach, co spowodowało, że Coca-Cola Company na początku XX wieku wycofała kokainę ze składu napoju, nie zmieniając wszakże jego handlowej nazwy (zob. Davenport-Hines 2006: 181–182).

Epizod ten ujawnił zgubny wpływ kokainy na popęd seksualny człowieka. Wydarzenie to niepokoiło tym bardziej, ponieważ w pewnych kręgach społecznych zażywanie narkotyków stało się wręcz wyrazem wolności seksualnej, którą krytycy społeczni postrzegali jako wyraz degeneracji i deprawacji. Panika w sferze moralności związana z narkotykami podsycana była lękiem przed dewiacjami seksualnymi, spośród których najczęściej wymieniano homoseksualizm. Uleganie tym perwersyjnym skłonnościom postrzegano jako pogwałcenie naturalnego wymiaru istnienia człowieka. Argumentów dostarczyła głośna powieść Oscara Wilde’a Portret Doriana Graya. Owiane tajemnicą nocne eskapady Doriana Graya do londyńskich palarni opium łączono z ekspresją homoseksualizmu. W Polsce powieścią eksplorującą na początku XX wieku podobny wątek stała się niewątpliwie głośna i skandalizująca powieść Pożegnanie jesieni autorstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza — pisarza, którego romans z narkotykami zaowocował doniosłymi dokonaniami artystycznymi (zob. Tomassucci 2010: 85–105). Swoje narkotykowe doświadczenia opisał on w niewielkiej książce Nikotyna, alkohol, kokaina, peyotl, morfina, eter (1932), znanej z późniejszych wydań jako Narkotyki.

Kokainę Stanisław Ignacy Witkiewicz rozpoznawał jako najgorszą ze wszystkich rodzajów narkotyków, jakie zażywał: „[…] jednym z najgorszych świństw spomiędzy tzw. ‘białych obłędów’, czyli narkotyków ‘wyższego rzędu’, jest kokaina” (Witkiewicz 1985: 570 — dalej N). Pisarz wspomina zdawkowo, że „pewne chwile kokainowego odurzenia są rzeczywiście bardzo przyjemne”, jednak w swojej opinii koncentruje się głównie na negatywnych skutkach zażywania tego narkotyku, czyli tak zwanej „glątwie” (odpowiedniku kaca), przebiegającej w potwornych męczarniach: „Odwartościowanie rzeczy, które dotąd stanowiły jedyny cel życia, uobrzydliwienie nawet najszlachetniejszych zajęć i rozrywek, zgangrenowanie samego rdzenia istoty ludzkiej — oto zwykły kompleks wrażeń składających kokainową ‘glątwę’” (N 573). W jego przekonaniu kokaina powoduje „szalone spustoszenia umysłowe” i stanowi realne zagrożenie dla ludzkiego życia, wprawiając nałogowych kokainistów w stan samobójczej rezygnacji. Potępiając kokainę za jej negatywne skutki, Witkacy popada wręcz w dydaktyczny ton, próbując wysunąć na plan pierwszy coś w rodzaju przestrogi, będącej „ostrzeżeniem dla młodych ludzi”, a przede wszystkim dla artystów skuszonych obietnicami „sztucznego raju”.

Ten niebywały poziom „abiekcji” wywołany myślą o kokainie wydaje się jednak zastanawiający i do pewnego stopnia sprzeczny z praktyką artysty prowadzącego Firmę Portretową. Witkacy pod wpływem kokainy wykonał przecież niemałą część portretów i, jakkolwiek wielce prawdopodobny jest fakt, że nie stosował on nigdy dużych dawek, o czym solennie zapewniał swoich czytelników w Narkotykach, to zachowane obrazy świadczą jednoznacznie, że używał kokainy w trakcie rysowania niemal do końca życia. Z tej perspektywy interesujący jest typ C portretów, wykonywanych za darmo pod wpływem „narkotyków wyższego rzędu”: peyotlu, morfiny czy kokainy, czasami z domieszką alkoholu oraz innych używek, w zamkniętym kręgu wybranych, najbardziej zaufanych przyjaciół. Typ ten należy bez wątpienia do najciekawszych realizacji artystycznych, wprowadzających groteskową deformację kształtów, linii i barw, i jest chyba najszerzej reprezentowany wśród zachowanych do dzisiaj portretów. Najciekawszy wydaje się tutaj podwójny autoportret Witkacego, dzięki aluzji do znanego opowiadania Stevensona Doktor Jekkyll i Pan Hyde ukazujący szczególnego rodzaju rozdwojenie jaźni pod wpływem działania kokainy. Na drugim portrecie, ukazującym Witkacego jako Hyde’a, widać odmienioną, nieco zniewieściałą postać artysty z rozszerzonymi źrenicami i lubieżnie rozchylonymi ukarminowanymi ustami, przypominającą demoniczne postaci kobiet. Istnieją interpretacje dowodzące, że roztwór, który wypija doktor Jekkyll, oraz jego euforyczne reakcje przywodzą na myśl płynny destylat kokainy, którą Stevenson podobnież stymulował się w trakcie pisania (zob. Castoldi 2009: 190–196).

Wyrażony w Narkotykach wstręt do kokainy łączy się także z deklarowanym przez Witkacego wstrętem do homoseksualizmu. Na początku eseju zatytułowanego Kokaina Witkacy próbuje wytłumaczyć najbardziej oburzający krytykę wątek Pożegnania jesieni, dotyczący „homo coco”, kokainistycznego seansu, w trakcie którego hrabia Jędrzej Łohoyski kokainizuje, a następnie uwodzi Atanazego Bazakbala, głównego bohatera powieści, dokonując tym samym homoseksualnego gwałtu. Witkacy pisze w te słowa, próbując również uciąć krążące plotki, dotyczące tajemniczej przyjaźni z Bronisławem Malinowskim:

[…] kokaina paraliżuje wszelkie ośrodki hamujące, zmuszając często do czynów, które nazywają się nieobyczajnymi […]. Oczywiście nie dowodzi to, że ja byłem zgwałcony pod kokainą przez jakiegoś hrabiego — w ogóle nie tylko przez hrabiego, ale w ogóle, powtarzam, zgwałcony nie byłem, jako że wbrew opinii do homoseksualizmu mam wstręt nieprzezwyciężony. Ale przez dziwną intuicję opisałem tę scenę w powieści, kiedy w normalnym stanie nic w sobie homoseksualnego nie mający osobnik daje się uwieść człowiekowi o wrodzonej inwersji. Jak mi mówił potem pewien mój znajomy, znający monografię o kokainie Meyera [właśc. Hansa Wolfganga Maiera], są tam cytowane realne przypadki tego rodzaju, o których nigdy nic nie słyszałem (Nelken 1931: 572, dalej — K).

Czym, a raczej kim jest w istocie „homo coco”, którego obraz przedstawia Witkacy w swojej powieści? Dekadentem w kokainistycznym stanie świadomości/nieświadomości czy też homoseksualnym eksperymentatorem poszukującym intensywnych podniet? W Pożegnaniu jesieni głównym kokainistą jest hrabia Łohoyski, ostatni reprezentant upadającej i wzgardzonej przez komunistów klasy — arystokracji. (To dość typowe postrzeganie chylącej się ku upadkowi arystokracji odnajdziemy również w Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Jej reprezentantem jest z kolei morfinista i erotoman Teofil Różyc.) Innym tzw. „drogistą” jest Ziezio Smorski, daleki krewny Łohoyskiego, jak pisze Witkacy: „[…] doszczętnie znarkotyzowany bardzo rzadkimi ‘drogami’ południowoamerykańskimi” (Witkiewicz 1990: 104 — dalej PJ), a także muzyk, jeden z najzdolniejszych uczniów Karola Szymanowskiego. Jędrek różnił się jednak od Ziezia podejściem do życia. Był typowym „żuiserem”, poszukującym w życiu nowych, coraz to intensywniejszych rozkoszy i podniet. Jak podaje narrator: „Pieniła się w nim dzika siła życia i chęć użycia wszystkiego za wszelką cenę” (PJ 44). Ów hedonistyczny „pęd życia” skłonił go prawdopodobnie do zażywania kokainy, którą traktował jako specyficzne antidotum na pogrążoną w chaosie rzeczywistość polityczną, jako specyfik doraźnie znieczulający metafizyczny ból istnienia w świecie bez przyszłości. Kokaina otwierała przed nim nowy, alternatywny świat, inny wymiar rzeczywistości, w której nie istnieją podziały na klasy i płeć ani też jakiekolwiek osądy moralne. To „inne życie, jak na innej planecie” (PJ 172), to świat „poza dobrem i złem”, w którym akt homoseksualny nie jest przestępstwem, a komunią dusz. Kokaina stwarza utopię dla homoseksualistów, którzy nie znajdują miejsca w społeczeństwie ogarniętym paniką przed innością. (W roku 1926, kiedy powstawała powieść, homoseksualizm w świetle prawa postrzegany był jako przestępstwo i podlegał sankcjom karnym zgodnie z obowiązującymi na ziemiach polskich kodeksami pozaborczymi. Z nowego kodeksu karnego, obwiązującego od 1932 roku, homoseksualizm został wykreślony.) Literackim wykładnikiem tego raju jest Korydon André Gide’a, którego hrabia podsuwa Bazakbalowi podczas „homo coco”. Kokaina pozwala więc Łohoyskiemu zaakceptować własną seksualność i stworzyć przestrzeń dla jej ekspresji. Ale poza metafizycznymi właściwościami ma również jedną praktyczną: ułatwia mu uwodzenie innych mężczyzn. Może więc uchodzić za „tabletkę gwałtu” tamtych czasów.

Atanazy Bazakbal za namową Łohoyskiego po raz pierwszy zażył kokainę na poślubnej orgii odbywającej się w pałacu Bertzów. Wprawiła go ona w stan nadzwyczajnej jasności umysłu i euforii. Znacząco wpłynęła również na jego libido, bowiem w kilka chwil po jej zażyciu Atanazy opętany nadzwyczajnym pożądaniem niemal gwałci Helę Bertz, wobec której dotychczas przejawiał pełną dystyngowanego szacunku nieśmiałość (dokonując tym samym aktu zdrady świeżo poślubionej Zosi):

Atanazy runął na nią jak wieża, która połknęła czterdziestodwucentymetrowy pocisk, i nieodbitym pchnięciem krwawego wału gdzieś aż pod samo serce przygwoździł ją do siebie, zdobył na wieki. […] To była rozkosz. Jak maszyna posiadł ją dwa razy, nienasycenie, gwałtownie. Nie zastanowił się nawet nad tym, czy jest dziewicą, czy nie. […] Dla Atanazego, w lekkim zakokainowaniu, było to już szczytem. Nic podobnego nie wyobrażał sobie nawet (PJ 152–153).

Rozkosz seksualna spotęgowana działaniem kokainy otwiera przed Atanazym nieznany dotychczas świat „sztucznego raju”, w którym miejsce Heli dość szybko zajmuje Jędrek Łohoyski. W trakcie kolejnego seansu, urządzonego tym razem w podupadłym pałacu Łohoyskich, Atanazy zostaje wprowadzony w tajemny świat męsko-męskiej przyjaźni. Pod wpływem podsuwanych mu przez hrabiego kolejnych działek kokainy Atanazy pozbywa się wstrętu, jaki dotychczas budziła w nim myśl o homoseksualnych praktykach, co więcej, w narkotykowym odurzeniu odkrywa budzące się, jakby z długiego snu, pożądanie, a bliskość „kochanego Jędrusia” wywołuje w nim „nieznane dreszcze rozkoszy” (PJ 191): „Łohoyski objął go silnie i pocałował w same usta — spełniło się: byli jednym duchem unoszącym się nad bezdenną otchłanią bytu, tak jakby ten pocałunek spalił, unicestwił ich rozdzielone dotąd ciała” (PJ 192). Połączyła ich „rozkosz płciowego orgazmu”, znaleźli się „w samym pępku wszechświata, poza dobrem i złem, […] poza granicami śmierci nawet”. W chwili najwyższego uniesienia Atanazy wyznaje Jędrkowi miłość: „Zosi nie było nigdy… tak, jak jest, jest najlepiej… naprawdę kocham cię… Jedność absolutna…” (PJ 193). Ten moment został zresztą mistrzowsko ukazany w filmowej ekranizacji Mariusza Trelińskiego z 1989 roku, w którym rolę Łohoyskiego odegrał Jan Peszek, a w postać Atanazego wcielił się zaś Jan Frycz.

Witkacy, zarówno w powieści, jak i w Narkotykach, zwrócił uwagę na seksualnie pobudzający wpływ kokainy, która działa na Atanazego jak „aphrodisiacum” (PJ 182), znosząc wszelkie zahamowania seksualne. Pomimo że, jak sam przyznawał, nie czytał żadnych prac w tym zakresie, a pewne rewelacje z monografii Hansa Wolfgana Maiera Der Kokainismus znał jedynie z drugiej ręki, to jego własne obserwacje zdają się potwierdzać ustalenia ówczesnych uczonych. Już w 1885 roku Sigmund Freud opublikował jedno z pierwszych swoich dzieł, a w ogóle jedno z pierwszych na świecie dzieł naukowych poświęconych działaniu kokainy, Über Coca, w którym entuzjastycznie dowodził pozytywnych skutków zastosowania kokainy w leczeniu niektórych zaburzeń psychicznych i somatycznych. Jego obserwacje wywiedzione były nie tylko z obserwacji pacjentów, którym zalecał kokainę, lecz również z własnego doświadczenia, przez kilka lat bowiem regularnie zażywał narkotyk w celach naukowych. Ważną inspiracją było dla niego również dzieło włoskiego lekarza i antropologa Paola Mantegazzy O higienicznych i medycznych właściwościach koki i leczniczym odżywianiu w ogóle (1859), na którym oparł swoje główne założenia. Poza historycznym przeglądem, posiadającym naukowe aspiracje, ukazującym pochodzenie i rolę kokainy w kulturowym i społecznym kontekście, można w tej rozprawie znaleźć informacje o wpływie kokainy na ludzki organizm. Freud podkreślił pobudzające właściwości tego specyfiku, który znalazł zastosowanie w leczeniu histerii, hipochondrii, neurastenii, stanów otępienia, bywał pomocny w przypadkach zaburzeń trawiennych, kacheksji, anemii, a także astmy. Za najbardziej kontrowersyjny uznano pogląd dotyczący leczenia uzależnień od alkoholu i morfiny. Freud zwracał również uwagę na znieczulające właściwości tego narkotyku, skuteczne w miejscowym zastosowaniu przy operacjach oka (do dziś kokaina bywa wykorzystywana w okulistyce). W tej systematyce zastosowań najbardziej znaczący w kontekście seksualności jest punkt f), w którym Freud zauważa wpływ kokainy na libido, traktując ten narkotyk jako afrodyzjak pobudzający strefy erogenne i dostarczający „gwałtownych podniet seksualnych” (Freud 1974). Pogląd ten powtarzał się zresztą w licznych publikacjach psychiatrycznych poświęconych kokainizmowi.

W kontekście opisanego przez Witkacego przypadku homoseksualnego uwiedzenia przez kokainistę uderza niemała liczba publikacji z tego okresu (lata 20. i 30.), poświęconych związkom kokainizmu z homoseksualizmem. Bodaj najwięcej takich przypadków opisuje szwajcarski psychiatra, przywołany wcześniej Hans Wolfgang Maier, w monografii Der Kokainismus (Lipsk 1926), ale przede wszystkim warto zwrócić uwagę na wkład polskiego psychiatry Jana Nelkena, który w 1931 roku opublikował rozprawę pod tytułem Homoseksualizm i kokainizm, gdzie opisał przypadek kapitana Wojska Polskiego XZ, ur. w 1898, kokainisty i homoseksualisty, który w wieku 32 lat popełnił samobójstwo. Pozwolę sobie w skrócie przedstawić ten przypadek. Wspomniany kapitan zaczął zażywać kokainę w 1917 roku, kiedy pełnił jeszcze służbę w armii rosyjskiej, więc podobnie jak Witkacy. W roku 1927 ukarany został naganną za nieprzyzwoite zachowanie: pod wpływem kokainy ubrany jedynie w bieliznę uciekł z garnizonu samochodem. Miał również sprawę honorową w sądzie za niespłacanie długów, które zaciągał na kupowanie kokainy. Unikał kobiet i otaczał się wyłącznie przystojnymi żołnierzami. Od kilku lat pozostawał w zażyłej przyjaźni z plutonowym Y, do którego odnosił się ze szczególną atencją i czułością. W kompanii, w której stacjonował, wiedziano powszechnie o kokainizmie kapitana i jego homoseksualnych skłonnościach. Nelken przytacza również korespondencję kapitana i plutonowego, z której jasno wynika, że mężczyźni pozostawiali w intymnej relacji oraz że plutonowy pośredniczył w dostarczaniu kapitanowi kokainy. Na początku lutego 1929 roku z powodu bliżej nieokreślonego zatargu doszło do zerwania przyjaźni, a kapitan w odwecie postrzelił śmiertelnie plutonowego, próbując jednocześnie popełnić samobójstwo. Na skutek postrzału w głowę kapitan XZ utracił wzrok i popadł w psychozę paranoidalną — cierpiał na urojenia. Postawiono mu zarzuty o pederastię oraz o zbrodnię, na które odpowiadał z wolnej stopy, będąc wówczas pacjentem na oddziale psychiatrycznym Szpitala Szkolnego Oficerskiej Szkoły Sanitarnej, w którym pracował pułkownik Jan Nelken. Na żądanie rodziny i wbrew woli lekarza został wypisany do domu. 12 lutego 1930 roku po odwiedzeniu grobu plutonowego Y w mieście B kapitan XZ popełnił samobójstwo celnym strzałem w głowę.

Na podstawie tego przypadku, a także odwołując się do wspomnianej publikacji Maiera, Nelken podkreślił „częstość połączenia kokainizmu z homoseksualizmem” (K 41), dowodząc, że nadużywanie kokainy sprzyja wszelkim perwersjom płciowym oraz przestępstwom na tle seksualnym: „[…] żądza wyrafinowanych i nieznanych dotychczas podniet płciowych ma prowadzić kokainistów w dziedzinę perwersji płciowych. Tym ma się tłumaczyć i obfitość wszelkich seksualnych fantazji zwłaszcza w stanie upojenia kokainowego” (K 41). Postrzega on kokainizm w perspektywie psychopatii; jego zdaniem kokainiści „to najczęściej niestali, szukający renomy, często aspołeczni i kryminalni, przeważnie młodociani psychopaci” (K 41). Cytuje nawet opinię znanego wówczas krakowskiego specjalisty medycyny sądowej i kryminologa Leona Wachholza, który twierdził, że: „Kokainizm deprawuje w krótkim czasie człowieka, pozbawiając go pojęcia czci, słuszności prawa i prawdy i może zeń uczynić przestępcę” (K 43). Trzeba przyznać, że Witkacy podzielał panujące przekonania na temat kokainistów. Potępił ich zarówno w powieści, rejestrując hańbę kokainistycznej „glątwy”, jak i w swojej książce o narkotykach. Pisał: „Na zupełne poddanie się kokainie czy morfinie może sobie pozwolić tylko najwyższa arystokracja wśród degeneratów. Są to poniekąd ludzie i tak, i tak zgubieni”.

Na podstawie powyższych diagnoz trzeba powiedzieć, że plaga kokainizmu wśród homoseksualistów postrzegana była jako najgorszy przejaw społecznego upadku, od którego należało ze wszech miar powstrzymać ogarnięte dekadencką słabością jednostki. Homoseksualny kokainista w świetle prawa był wyzbytym wszelkich skrupułów podwójnym przestępcą, przed którym — by powiedzieć za Foucaultem — „trzeba bronić społeczeństwa”. Reakcja Nelkena jest wyrazem najwyższej troski lekarza-suwerena, w której niczym w soczewce skupia się biopolityczny zakaz i moralne potępienie. Biopolityczna panika, co zaskakujące, przyświeca również autorowi Narkotyków, który przestrzega przed zgubnym wpływem tych substancji. Można więc zapytać, czy przypadkiem wzgardzony homo coco nie podziela losu homo sacera skazanego na wygnanie i bezkarną śmierć?

Homoseksualna przygoda hrabiego Łohoyskiego i Atanazego Bazakbala w trakcie kokainistycznego odurzenia, która stała się punktem wyjścia do rozważań na temat związku kokainizmu z homoseksualizmem, ukazuje transgresyjną moc narkotyku, którywyzwala z normatywnych więzów tożsamości i pozwala na wyrażenie stłumionych przez kulturę pragnień. Być może jego użycie jest w ogóle jedynym sposobem, w jaki homo sapiens jest w stanie doświadczyć inności. W wizji artystycznej Witkacego kokaina umożliwia metafizyczne złączenie dusz, nie tylko ciał kochanków. Pozwala na wgląd w nieświadomość, w istotę pożądania, intensyfikuje seksualną rozkosz. Jest również „rozpuszczalnikiem” utrwalonej seksualności. Jest namiastką seksualnego wyzwolenia i metafizycznej jedności. Homo coco pokazuje, że zakazane kulturowo doświadczenia, homoseksualność i kokainizm, stanowiły wyraz buntu wobec skostniałych norm społecznych, wyprzedzając o wiele lat subwersywne wizje z Nagiego lunchu Williama Burroughsa.

LITERATURA

A. Castoldi, Dym. Powszechna historia palenia, red. S.L. Gilman, Z. Xun, przeł. J. Sochoń-Jasnorzewska, Kraków 2009.

R. Davenport-Hines, Odurzeni. Historia narkotyków 1500–2000, przeł. A. Cioch, Warszawa 2006.

J. Nelken, Kokainizm i homoseksualizm, Warszawa 1931.

G. Tomassucci, Witkacowskie raje, „Przestrzenie Teorii” 2010, nr 14.

S.I. Witkiewicz, Dzieła wybrane, t. 1: 622 upadki Bunga, czyli demoniczna kobieta, Narkotyki, Niemyte dusze, oprac. A. Micińska, Warszawa 1985 (N).

S.I. Witkiewicz, Pożegnanie jesieni, Warszawa 1990 (PJ).

S. Freud, Über Coca, w: Cocaine Papers by Sigmund Freud, red. R. Byck, Nowy Jork 1974.

TOMASZ KALIŚCIAK — adiunkt w Zakładzie Historii Literatury Poromantycznej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, autor książki Katastrofy odmieńców (Katowice 2011).