Tomasz Nawrocki | Katowice i nowi mieszczanie. Kilka socjologicznych refleksji katowiczanina

Jestem nie tylko socjologiem badającym Katowice i piszącym o nich, ale przede wszystkim katowiczaninem emocjonalnie związanym ze swoim miastem. Mieszkam w samym jego centrum i przeżywam osobiście zmiany, jakie tu zachodzą. Cieszy mnie to, co pozytywnie odmienia miasto, i martwi to, co powoduje, że Katowicom ciągle daleko do miasta marzeń (takich osób jak ja). W związku z tym chciałbym przedstawić kilka refleksji, w których postaram się połączyć krytyczne podejście socjologa z emocjami, które targają mną jako katowiczaninem.

Katowice się zmieniają, przestają być miastem bez centrum. Katowicki rynek, przez który do niedawna przebiegali ludzie śpieszący się do pracy lub do domu (albo stali czekający na tramwaj), powoli zaczyna przypominać przestrzeń centralną miasta średniej wielkości. Plac Kwiatowy może nie spełnia oczekiwań osób obserwujących jego wieloletnie i trudne narodziny, ale przecież jest — i można tu usiąść, wpatrując się w fontannę. Pojawiło się wreszcie miejsce poza galeriami handlowymi, gdzie możemy realizować naturalną potrzebę obserwowania innych ludzi. Katowiczanie z tej możliwości skwapliwie korzystają. Na placu można, jak zrobili to moi studenci, zorganizować piknik lub napić się kawy w nowo otwartej kawiarni (szkoda, że wybrano ofertę jednej z najdroższych kawiarni w mieście). Można też w cieniu walczyć z kacem i zmęczeniem (to również się tu zdarza). Plac usytuowany pod kontrowersyjnie odnowionym budynkiem Domu Prasy wreszcie żyje. A wkrótce pewnie zostaną otwarte kolejne części katowickiego rynku.

Z rynkiem konkuruje powstała z tęsknoty za „efektem Bilbao” Strefa Kultury. Wybudowano tu wspaniałe gmachy zaprojektowane przez wybitnych architektów (Muzeum Śląskie, NOSPR, Centrum Kongresowe). Wydano ogromne pieniądze w nadziei, że takie zagospodarowanie terenów pokopalnianych ożywi miasto i że w Katowicach powtórzy się sytuacja z Bilbao czy Glasgow. Nie zwrócono jednak uwagi na to, że do tamtych miast nie tylko ściągnięto stada architektów, ale przygotowano rozbudowaną strategię rewitalizacji (o czym pisała Joanna Orzechowska-Wacławska). W Katowicach tak się nie stało. Strefa przyciąga ludzi, którzy tłumnie odwiedzają nowo otwarte Muzeum Śląskie, budynek NOSPR-u lub po prostu spędzają tam w porze letniej czas. Strefa póki co nie ma jednak żadnego wpływu na klimat i organizację całego miasta. Jak już pisałem w innym miejscu, zmiany w pokazowej strefie kultury nie pociągnęły za sobą przemian w pozostałych dzielnicach Katowic. Ciągle nie widać pomysłu na Szopienice, Załęże czy na pobliskie Bogucice. A te dzielnice potrzebują właśnie szybkich zmian. Może za wcześnie na ferowanie wyroków, ale tego rodzaju podejście władz do kształtowania przestrzeni miejskiej powinno niepokoić.

Nie chodzi zresztą tylko o brak strategii rozwoju całych Katowic. Strefa Kultury odseparowana jest od reszty miasta wyraźnymi krawędziami. Stanowi w nim specyficzną enklawę. Wybieramy się do Strefy i z niej wychodzimy. Najczęściej samochodem, co sprawia, że obiekty Strefy otoczone są morzem pojazdów. Budynki nie promieniują na miasto, tak jak stałoby się to, gdyby miały różne lokalizacje. Nie sprzyjają powstawaniu księgarni, kawiarni czy restauracji. Nie wpadamy do nich przy okazji. Wybieramy się specjalnie do muzeum, na koncert czy do Centrum Kongresowego. Uzyskano w ten sposób znakomity efekt wizerunkowy, ale jak się wydaje z dzisiejszej perspektywy, nie wykorzystano szansy głębszego odmienienia miasta. Sytuacja ta powinna być wzięta pod uwagę podczas prac nad planowaną dzielnicą akademicką — należy zadbać o to, by nie stworzyć kolejnej słabo powiązanej i nieoddziałującej na miasto enklawy. Nie byłoby to dobre ani dla miasta, ani dla idei uniwersytetu otwartego.

Dla Katowic ważne stały się nie tylko inwestycje w Strefie Kultury. O sile kulturowego oddziaływania współczesnego miasta nie decydują bowiem wyłącznie wielkie instytucje kultury — teatr, muzeum, sala koncertowa czy opera. Coraz większego znaczenia nabiera kultura „poziomu ulicy”. Ludzi do miasta przyciąga (dowodzi tego przykład Wrocławia i Krakowa) jego klimat. A ten tworzą nie tyle flagowe instytucje, ile wydarzenia w małych galeriach, klubach muzycznych, dizajnerskich butikach czy po prostu na ulicy. Do tego dochodzą jeszcze estetyka miasta, jego architektura i obecna w jego przestrzeni sztuka. Chcemy korzystać z miasta, w którym coś się dzieje. Niech to będą koncerty w klubie lub na ulicy, wystawy w małych galeriach, atrakcyjne murale, kluby, gdzie zawsze możemy spotkać osoby, z którymi chcielibyśmy porozmawiać. Od kilku lat kultura ulicy zaczyna być widoczna również w Katowicach. Dostarcza jej już nie tylko samotna Hipnoza, ale też Katafonia i kolejne kluby z dobrej jakości muzyką na żywo (nawet nowo otwarta kawiarnia na Placu Kwiatowym serwuje muzykę jazzową). Przykładem mogą być też koncerty w oknie (Kato Bar) lub na dachu (Kafej). Widoczne są również takie concept story jak Poszetka, Gryfnie czy Geszeft. I małe galerie (Dwie Lewe Ręce, Galeria Miasta Ogrodów). Podobne znaczenie mają kina letnie, cykl dyskusji o mieście prowadzonych w Kato Barze i coraz większa liczba pubów i kawiarni, dokąd można się wybrać w ciemno i spotkać osoby, z którymi chcielibyśmy się widzieć i porozmawiać. Początkowo oferta skierowana była przede wszystkim do ludzi młodych, stopniowo jednak jest poszerzana. Sukcesem zakończył się niedawny koncert pianistyczny w Kato Barze. Różnorodną widownię mógłby też przyciągać jazz w Chopinie na Placu Kwiatowym. Coraz więcej dzieje się w mieście i coraz więcej osób w nim bywa. Miasto ożywa.

Bardzo dobrze mają się również galerie handlowe, w których poprzedni prezydent naiwnie widział szansę ożywienia miasta. Po otwarciu Silesia City Center i Galerii Katowickiej pojawiają się następne. Na nic zdają się głosy krytyczne i protesty mieszkańców. Galeria powstaje na miejscu zburzonego Supersamu (gdzie zastosowano unikatowe rozwiązania konstrukcyjne), a także w południowej części miasta (środowisko inwestora tej ostatniej galerii hojnie wsparło kampanię wyborczą obecnego prezydenta miasta). Przybywa powierzchni handlowej w mallach, coraz gorzej za to radzą sobie mniejsze sklepy w centrum miasta. Ulica 3 Maja przeżywa kryzys. Tanie sklepy, punkty usuwania simlocków, zaniedbane podwórka nie pasują do jej rangi. Coroczne socjologiczne wizytacje 3 Maja, które prowadzę ze studentami, nie nastrajają optymistycznie. Nie pomógł też szumnie zapowiadany remont ulicy.

Klimat miasta współtworzą małe sklepiki i punkty usługowe, a nie centra handlowe. O atmosferze w mieście decydują piekarnie, gdzie kupimy nasze ulubione pieczywo, antykwariaty i księgarnie, gdzie polecą nam interesujące książki, sklepy, w których nas znają i sprzedadzą ulubione towary. To nie sieciówki ani wielkie centra handlowe określają kształt miasta. One są zaprzeczeniem jego istoty. Rozwój centrów handlowych sprzyja fragmentacji i kapsularyzacji miasta. Mieszkamy w jednej kapsule (najlepiej na grodzonym osiedlu), z której wyjeżdżamy samochodem do drugiej, stanowiącej nasze miejsce pracy (najlepiej w kompleksie biurowym), a zakupy i czas wolny spędzamy w trzeciej kapsule, którą jest lokalny mall. Poruszamy się między kapsułami i miasto nie jest nam do niczego potrzebne. A miasto to właśnie to, co jest między tymi kapsułami. To przestrzenie publiczne, w których spotykamy znanych i nieznanych nam ludzi, to miejsca trzecie, w których spędzamy czas, ulice, którymi spacerujemy (lub jeździmy na rowerze), a nie mkniemy samochodem. Przenoszenie życia do kapsuł niszczy istotę miasta. Następuje jego trywializacja. Istotą miasta jest bycie wśród innych ludzi: tam, „gdzie się ukazuję innym, gdzie inni wchodzą w relacje ze mną, tam jest polis” — pisał Olivier Mongine (przytaczam za Tadeuszem Sławkiem, który pisał o trywializacji miasta). W centrum handlowym nie jesteśmy wśród innych osób, tylko wśród innych konsumentów. Relacje są tu skrajnie urzeczowione. Przed tak pojętym końcem miasta przestrzegał Jean Baudrillard. Jeżeli elementem wyznaczającym orbitę aglomeracji — pisze Baudrillard — staje się supermarket, następuje dezintegracja funkcji miasta „i dezintegracja samego miasta, które zostaje przeszczepione poza obszar miasta i traktowane jest jako hiperrealny model, jako jądro syntetycznej aglomeracji, nie mającej już nic wspólnego z miastem” — to koniec miasta nowoczesnego „jako określonej jakościowo przestrzeni, jako pierwotnej syntezy społecznej” (Jean Baudrilliard). W tym kontekście zastanawiać może włączenie Uniwersytetu Śląskiego i kilku poważnych katowickich instytucji kulturalnych (Wyższy Poziom) w działania, które w istocie służą poprawie wizerunku Galerii Katowickiej.

Nie musi tak być. Przykładem jest Lipsk, gdzie zadbano o ograniczenie rozwoju centrów handlowych i uzyskano tętniące życiem ulice śródmiejskie. Miasto żyje, a ulice pełne są ludzi robiących tam zakupy w kameralnych sklepach, pijących kawę w lokalnych kawiarniach. Malle usytuowane są na obrzeżach i służą (tak jak to było w przypadku pierwszych tego typu instytucji) obsłudze suburbiów. Inaczej jest w Katowicach. Galerie ulokowano w samym sercu miasta. Zamiast wspierać drobny handel i usługi, postawiono na sieciowe sklepy i kolejne molochy. W Katowicach, jak podaje Przemysław Jedlecki, powierzchnia centrów handlowych wynosi aż 350 tys. m2, prawie tyle co w wielokrotnie większym Monachium (348,5 tys. m2) i więcej niż w Brukseli (255,3 tys. m2) (Raport European Retail Guide 2013). Na otwarcie w centrum czeka kolejna galeria, przygotowywana jest też budowa następnej w południowej dzielnicy.

U źródeł takich poczynań tkwi zastępowanie pomysłu na miasto wiarą, że dopuszczenie do aktywności dużych inwestorów samoczynnie przyczyni się do jego rozwoju. Takie są reguły neoliberalnej gospodarki w Katowicach. Liczą się przede wszystkim pieniądze, które przyniesie korporacja budująca kolejne centrum handlowe. Brakuje refleksji nad tym, jaki może to mieć wpływ na całość miasta. Plan ten nie jest podporządkowany żadnej jego wizji — bo takiej nie ma. To reguły zarządzania technokratycznego. Podejmowane są tu mniej lub bardziej udane decyzje, ale brakuje pomysłu, który byłby konsekwentnie realizowany. Pisząc to wszystko, nie jestem oryginalny. O taką wizję upominają się od lat osoby wypowiadające się o Katowicach. Miasto to skomplikowany organizm. Działania tego rodzaju powinny być starannie skoordynowane, a tej koordynacji nie przewiduje polityka Piotra Uszoka i jego następcy. Poprzedni prezydent, odpierając zarzuty o brak wizji miasta, przyrównywał się do rzemieślnika, który starał się wykonywać swoją pracę uczciwie i odpowiedzialnie. Rzemieślnicy rzeczywiście budowali miasta, ale w średniowieczu. Dzisiaj ważne jest, by miastem zarządzał ktoś, kto ma pomysł na jego funkcjonowanie.

Rezultatem braku takiego pomysłu jest niespójność narracji odnoszącej się do tożsamości miasta. Idea Miasta Ogrodów powoli odchodzi w przeszłość. Mniej mówi się też o Katowicach jako o miejscu wielkich wydarzeń, choć to, co dzieje się tutaj w sporcie lub w muzyce, nie jest bez znaczenia. Hasło „Katowice. Dla odmiany” orientuje nas w kierunku przyszłości. Miasto ma być nowoczesne, metropolitalne, pełne nowych technologii. Zwraca się w kierunku haseł ponowoczesnych i tu szuka swego oblicza. Czy skutecznie? Jak pokazuje raport powstały na zlecenie Urzędu Miasta, hasło promocyjne niewiele mówi zarówno mieszkańcom Katowic, jak i naszemu otoczeniu (Aglomeracja Silesia). Nadal kojarzy się ono nie z nowoczesnością, lecz z przemysłem i kopalniami. Od tych skojarzeń, ale też od odniesień do śląskości decydenci jednak uciekają. Jak widać, niezbyt skutecznie (Raport Millward Brown dla miasta Katowice 2015). Nie wykorzystuje się rocznicy 150-lecia miasta do przepracowania własnej historii i do odzyskania dla niej niemieckiej i śląskiej przeszłości oraz do ponownego odczytania znaczenia przemysłu dla jego rozwoju. Ta ostatnia kwestia mogłaby stanowić wstęp do dyskusji nad znaczeniem reindustrializacji. Okrągła rocznica istnienia Katowic i otwarcie wystawy na temat historii Górnego Śląska nie przysłużyły się dyskusjom na temat tożsamości miasta budowanej w odniesieniu do jego przeszłości. Tak jak to miało miejsce w Gdańsku, który obchodził nie tak dawno swoje tysiąclecie. Prezydent tego miasta powiedział w wywiadzie przeprowadzonym przez Małgorzatę Dymecką: „[…] debata o tożsamości [miasta — T.N.] powinna trwać nieprzerwanie. […] Dyskusja o tożsamości co chwilę ma nowe rozdziały, nowe otwarcia, nowe opowieści Huellego, Chwina, Wajdy, Loewa. Wciąż pojawiają się nowe inspiracje […]. W takich dyskusjach buduje się wizerunek miasta i ten wewnętrzny, i to, jak nas widzą inni”; […] ja uważam, że dyskusje o tożsamości, o tym, kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy, to jest zestaw pytań podstawowych. Każde pokolenie, każda generacja, każdy rocznik powinien być poddany takiemu umysłowemu wysiłkowi”. Katowice, podobnie zresztą jak Wrocław i Gliwice, uciekają od podjęcia takiej dyskusji. Zastępują ją hasła promujące nowoczesność, wielokulturowość, centrum spotkań i wielkie wydarzenia. Opis katowickiego dziedzictwa zawarty w Strategii Promocji miasta stanowi przypadkową enumerację odniesień do przeszłości, bez próby poszukania istoty tego dziedzictwa. Warto taką dyskusję podjąć, tym bardziej że katowickie środowisko naukowe wniosło w ostatnich latach poważny wkład do rozpoznania jego dziejów. Pomocny byłby też niewątpliwie system miejskiej edukacji regionalnej.

Taki stosunek władz do tożsamości i przeszłości miasta nie oznacza wcale, że nikt tych problemów nie podejmuje. Debata o Katowicach toczy się bowiem poza oficjalną narracją w środowisku nowych katowickich mieszczan. Pojawienie się tej grupy dla mnie jako socjologa badającego miasto jest szczególnie interesujące. Jeszcze dziesięć lat temu większość młodych, dobrze wykształconych ludzi wstydziła się Katowic i uciekała stąd. Później wielu z nich wracało i z dumą nosiło znaczek ESK. Niektórzy płakali na Mariackiej, kiedy ogłoszono decyzję o przyznaniu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury na rok 2016 Wrocławiowi, a nie Katowicom. Starania o ten tytuł stały się zresztą katalizatorem w procesie utożsamiania się młodych katowiczan z miastem. Niezależnie od kontrowersyjnej idei Miasta Ogrodów (polemika na łamach „Opcji” Katarzyny i Krzysztofa Nawratków z Karolem Piekarskim) działania na rzecz ESK zdynamizowały życie miejskie i przyczyniły się do zaangażowania się dużej grupy młodych ludzi w starania o tytuł. Duża w tym zasługa władz miejskich, które nie ingerowały w kwestie związane z ESK. Równocześnie młodzi katowiczanie skorzystali z szansy przyjrzenia się życiu zachodnich miast i zaczęli postulować wprowadzenie sprawdzonych tam pomysłów u siebie. Zaczęło się od dyskusji na forach internetowych, która przeniosła się do „realu”. Powstało Stowarzyszenie Moje Miasto, które podjęło działania na rzecz Katowic — to byli pierwsi miejscy partyzanci. Później architekt Aleksander Krajewski, nie czekając na władze miasta, zajął się „naprawianiem” Katowic. Zaczęło się od umycia dworca kolejowego w Ligocie, po latach stworzył zaś prężnie działającą Fundację Napraw Sobie Miasto. W Katowicach, w których przed 2005 rokiem właściwie nie było osób podejmujących poza oficjalnymi strukturami działania na rzecz miasta, po dziesięciu latach aktywności miejskich partyzantów zastąpiło dynamiczne środowisko zaangażowane w naprawianie miasta stosownie do rodzących się potrzeb. Coraz więcej osób angażuje się w te działania. Odzywają się kolejni oburzeni: decyzją o budowie jeszcze jednego centrum handlowego, powstawaniem biurowca na terenach zielonych lub też biurokratycznymi wizjami przebudowy własnej ulicy. Daleko może Katowicom do Poznania lub Łodzi, ale nastąpiła w tym mieście poważna zmiana w postawach jego mieszkańców.

Towarzyszy temu zmiana świadomościowa. Dla coraz większej grupy osób własne miasto staje się ważnym układem odniesienia, rośnie grupa nowych katowickich mieszczan. Nie w znaczeniu starego mieszczaństwa, którego położenie wyznaczane było przez względy prawne i pochodzenie, ale nowego, charakterystycznego dla początków XXI wieku, epoki globalizacji, swobodnych przepływów i gospodarki postfordowskiej. Pojęcie nowych mieszczan wprowadził Paweł Kubicki w 2011 roku, publikując raport Instytutu Obywatelskiego Nowi mieszczanie w nowej Polsce. Krakowski socjolog nie podjął próby zdefiniowania nowej kategorii społecznej i poprzestał na stwierdzeniu, że „chodzi o drugie i trzecie pokolenie wielkich migracji powojennych, dorastające w miastach i silnie socjalizowane w kulturze miejskiej. To także pokolenie wyżu demograficznego, rewolucji edukacyjnej i integracji europejskiej”. Kategoria ta może być przydatna w opisie struktury społecznej świata płynnej nowoczesności. Dostrzegł to Przemysław Pluciński, dla którego nowi mieszczanie „nie konstytuują jednego odrębnego bytu o charakterze klasowym czy stratyfikacyjnym — są swoistą hybrydą kulturową, wspólnotą ‘stylu życia po miejsku’, z naciskiem na estetyzację przestrzeni, jakość życia towarzyskiego i stowarzyszeniowego w mieście, szeroką i dobrze rozwiniętą ofertę kulturalną. Część ‘nowych mieszczan’ jest zainteresowana podejmowaniem starań o takie właśnie miasto”. Spośród nich rekrutują się aktywiści coraz liczniejszych ruchów miejskich. Ważne i najbliższe istoty problemu wydają się spostrzeżenia Krzysztofa Nawratka, dla którego „mieszczaństwo to sposób życia w mieście, […] tym co wyróżnia mieszczanina […] jest przede wszystkim rodzaj narracji, która organizuje jego życie. Możemy więc mówić nie o tym, kto mieszka w mieście, lecz o tym, w jaki sposób miasto jest użytkowane przez określone grupy ludzi”. Narracja organizująca życie nowych mieszczan opiera się na życiu w mieście. Identyfikują się z miastem, staje się ono istotnym elementem ich tożsamości. To w mieście są u siebie. Ja jestem z Kato (wic), ja jestem z Wawy (Warszawy), to mnie określa. Miasto przestało być przypadkowym miejscem zamieszkania, z którym mniej lub bardziej się utożsamiamy. Stało się ważnym elementem określającym to, kim jesteśmy. Narracja zbudowana wokół mojego miasta zyskuje więc na znaczeniu w odniesieniu do wielkich narracji klasowych, regionalnych czy narodowych. Czuję się katowiczaninem, gdańszczaninem lub poznaniakiem — i nie chodzi tu tylko o miejsce zamieszkania. Alternatywne układy odniesienia tracą na znaczeniu. Nowi mieszczanie to tożsamość miejska, narracja, która organizuje życie — to pewien styl życia. Ten styl życia staje się „swoistym narzędziem konstruowania i potwierdzania kruchej, dynamicznie, procesualnie rozumianej tożsamości podmiotów oraz tejże autodefinicji manifestacją” (Anthony Giddens).

Katowiccy nowi mieszczanie potrzebują miasta. To w jego przestrzeniach publicznych mogą realizować swój specyficzny styl życia. Bycie nowym mieszczaninem obliguje do pokazywania się w mieście. Obliguje do spotykania się w klubokawiarniach, pubach, klubach muzycznych, modnych pizzeriach, na ulicznych koncertach czy po prostu w modnych miejskich „miejscówkach”. Pokazywanie się tam jest ważniejsze niż wiek, ubiór, gust muzyczny czy upodobanie do jazdy na rowerze. Nowych mieszczan łączy bycie w mieście, uczestniczenie w miejskich wydarzeniach czy po prostu obserwowanie tego, co dzieje się wokół nich. Taką przestrzenią dla nowych katowickich mieszczan była przede wszystkim ulica Mariacka. Zresztą to oni przyczynili się w znacznym stopniu do sukcesu wyremontowanego przez miasto, ale pustego początkowo deptaka. Teraz, kiedy na Mariacką częściej chodzi się napić piwa niż na koncert lub dyskusję w Kato Barze, katowiccy mieszczanie szukają nowych miejsc. Odnajdują się w przestrzeni bliskiej im pod względem architektonicznym (jakość architektury modernistycznej jest kluczowym elementem katowickiej tożsamości nowych mieszczan; dzięki architekturze modernistycznej odkrywali to miasto) dzielnicy Koszutka. Coraz częściej trafiają tam studenci, artyści, naukowcy, dla których ważnym elementem samookreślenia jest bycie w mieście. Wypada być w tutejszym Kafeju, zrobić zakupy w Geszefcie, zjeść pieczywo w Lokal Bakery, mieszkać w tej dzielnicy. Tutaj też znajdują pole do działania miejscy aktywiści (Pobudka Koszutka, Święto Ulicy Morcinka). Pojawiają się tu pierwsze symptomy gentryfikacji.

Katowice w tym roku świętują 150. rocznicę nadania praw miejskich. Przez te lata dynamicznie się rozwijały. Nie wyglądają już „jak wiejskie osiedle, w centrum którego postawiono kamienice” (tak widział Katowice z lat 30. przybyły z Gliwic bohater powieści Finis Silasiae Henryka Wańka). Odzyskują rynek, choć tracą główną ulicę (3 Maja). Ciągle nie ma pomysłu na to, jakim miastem mają być w przyszłości. Przybywa jednak ludzi, którzy nie tylko się z nim identyfikują, ale też angażują w jego sprawy. To wielki kapitał na przyszłość. Mam nadzieję, że następne lata pozwolą nowym katowickim mieszczanom decydować o swoim mieście. Jak pokazuje przykład Łodzi, jest to możliwe. Czekam na to zarówno jako socjolog, jak i jako katowiczanin.

 

TOMASZ NAWROCKI — ur. w 1959 r., profesor socjologii w Uniwersytecie Śląskim, opublikował m.in. Trwanie i zmiana lokalnej społeczności górniczej (2006) oraz — z Barbarą Lewicką i Krzysztofem Bierwiaczonkiem Rynki, malle i cmentarze. Przestrzeń publiczna miast śląskich w ujęciu socjologicznym (2012).

Jedna myśl nt. „Tomasz Nawrocki | Katowice i nowi mieszczanie. Kilka socjologicznych refleksji katowiczanina

  1. AJS

    Z dużą przyjemnością przeczytałem artykuł profesora Nawrockiego. Moją młodość spędziłem w Katowicach (w tym samym czasie co pan Tomasz :) i choć od 30 lat nie mieszkam na Górnym Śląsku to prawie codziennie czytam pobieżnie wiadomości z Polski na onel.pl. Podświadomie poszukuję nowości z Katowic, ale na próżno bo dominują oczywiście polscy celebryści a Warszawy, typowa centralna- warszawska polityka no i wypadki-tragedie. Wiem jak trudno jest w dzisiejszych czasach zamieścić pozytywne czy kulturalne informacje na pierwszych „stronach” portali informacyjnych ale są inne narzędzia onlinowe, które pozwoliłyby „zapominanym” miastom czy regionom na wyłapywanie potencjalnych przyjaciół tych ośrodków. Osoboście jestem non-stop atakowany przez zindywidualizowane reklamy, głownie z USA i z Zakopanego :). Fajnie by było być „targetowanym” przez jakieś katowickie firmy lub organizacje pozarządowe. Zdaję sobie sprawę, że być może proszę o zbyt dużo, kiedy nawet ośrodki akademickie jak moja Alma Mater – Politechnika Śląska jest niewidoczna w sieci w USA. Może nasi nowi Kato-mieszczanie wyruszą na podbój internetowej przestrzeni i otworzą nowe wirtualne „miejscówki” dla mieszkających zagranicą przyjaciół Katowic. Do zobaczenia, mam nadzieję :)

Dodaj komentarz