Tomasz Rabsztyn | Plemię pełne zła („Plemię”, reż. Mirosław Słaboszpycki)

Pełnometrażowy debiut Mirosława Słaboszpyckiego wchodził do kin z etykietą filmu trudnego, kontrowersyjnego i nietypowego. Rzeczywiście, największym atutem Plemienia pozostaje oryginalne i odważne potraktowanie zarówno samej widowni, jak i osób głuchoniemych, przy czym odbywa się to na dwóch płaszczyznach: jedna dotyczy samej konstrukcji filmu, druga fabuły.

Przede wszystkim reżyser zdecydował się na ryzykowny zabieg formalny, jakim z pewnością jest zrezygnowanie z tłumaczenia oryginalnych, odgrywanych w języku migowym dialogów. Jest to chyba w historii kina rzecz dotychczas niespotykana i w zasadzie niedająca się z niczym porównać. Owszem, zdarzały się już tytuły, których twórcy świadomie wyrzekali się słowa mówionego, jak chociażby Walka o ogień Jeana-Jacques’a Annauda (1981), udanie przenosząca widza w czasy prehistoryczne, czy niedawny Artysta Michela Hazanaviciusa (2011), hołd i zarazem gra z kinem niemym. Wspomniane obrazy, jak zresztą jeszcze kilka podobnych — chociaż z zupełnie innych powodów i na różny sposób — rezygnowały z tradycyjnych dialogów, łączyło je jednak to, że nie wyróżniały przy tym konkretnej grupy odbiorców. Inaczej jest w przypadku Plemienia. Z perspektywy odbioru film Słaboszpyckiego nie pozwala bowiem nawet na proste przeciwstawienie ludzi głuchoniemych słyszącym. Nie istnieje przecież jeden uniwersalny język migowy, dlatego też dla osób głuchoniemych spoza Ukrainy Plemię także nie do końca będzie zrozumiałe. Przez podobną hermetyczność z jednej strony reżyser potencjalnie traci sporą część widowni (zwłaszcza tej mniej wymagającej i nastawionej rozrywkowo), z drugiej — już na wstępie zyskuje rozgłos.

Wyjątkowość samej fabuły Plemienia można natomiast pół żartem, pół serio sprowadzić do stwierdzenia, że film traktuje o ukraińskich młodocianych głuchoniemych alfonsach. W gruncie rzeczy nic w tym oczywiście zabawnego, tyle że takie zestawienie automatycznie nasuwa skojarzenia albo z jakąś niewybredną parodią, albo fabularnym przeszarżowaniem, niepotrzebnym łączeniem paru dramatycznych wątków, którymi można przecież obdzielić kilka filmów. Jednak nic bardziej mylnego — Słaboszpycki w swym zadziwiająco spójnym filmie nie tylko widzów, ale i swoich bohaterów traktuje bez żadnej taryfy ulgowej. Nie rozczula się nad ich ograniczeniami, nie porusza — popularnych ostatnio w dyskursie społecznym, lecz przez kino jeszcze niewyeksploatowanych — takich tematów jak ich trudna sytuacja w społeczeństwie. Jeśli to czyni, to niejako przy okazji — w końcu pewne zagubienie widza czy też jego wzmożony wysiłek, polegający na odczytywaniu intencji bohaterów z samej gestykulacji, mogą odzwierciedlać codzienne problemy osób głuchoniemych, zaś ich odmienność jest w jakimś sensie rezultatem trudnego położenia, ograniczonych możliwości, gorszego „życiowego startu”. Tyle że podobne refleksje, jeśli przychodzą na myśl, to później. Podczas samego seansu większość bohaterów nie budzi w nas współczucia, nastoletni głuchoniemi są bardzo sprawni i świetnie zorganizowani, a ich działania wprawiają raczej w osłupienie i przerażenie.

Bohaterem Plemienia jest niesłyszący Sergij (Grigorij Fesenko), który zaczyna naukę w szkole z internatem. Nastolatek szybko orientuje się, że w nowym miejscu panuje specyficzna hierarchia. Uczniowie zorganizowani są w tytułowe plemię, które posiada znamiona grupy przestępczej. Żeby wyrobić sobie pozycję, trzeba wykazać się siłą, umiejętnością walki, a także chęcią udziału w napadach. Sergij stosunkowo szybko awansuje w grupie, podczas specjalnej „ustawki” wychodzi bowiem na jaw, że chłopak bardzo dobrze radzi sobie w bójce, nie odmawia też udziału w rozbojach i kradzieżach. Wszystko idzie dobrze do momentu, kiedy „zostaje oddelegowany” do roli alfonsa, który — zgodnie z ustalonym wcześniej schematem — ma dostarczać swoje koleżanki ze szkoły kierowcom ciężarówek. Wkrótce Sergij zakochuje się w jednej z nich, Anyi (Yana Novikowa), i nie chce dłużej wywiązywać się ze swoich obowiązków. Taka postawa oczywiście wyklucza go z grupy, chłopak przestaje być chroniony i od tej pory zdany jest tylko na siebie.

Pod pewnymi względami fabuła Plemienia przypomina szwedzkie Zło (2003). Bohaterem głośnego filmu Mikaela Håfströma jest szesnastoletni Erik Ponti (Andreas Wilson), który także trafia do szkoły z internatem, tyle że do szkoły elitarnej. Dla sprawiającego problemy wychowawcze, nieustannie wdającego się w bójki chłopaka nowe miejsce stwarza jedyną szansę na ukończenie gimnazjum i dostanie się do liceum. Krnąbrny uczeń, zgodnie z obietnicą złożoną matce, tym razem nie chce wpaść w tarapaty, okazuje się jednak, że w nowym środowisku jest to niemożliwe. W szkole funkcjonuje bowiem szczególny system kontroli — starsi uczniowie, za zgodą dyrektora i nauczycieli, wyżywają się na młodszych, za najmniejsze przewinienie stosując skrupulatnie opracowane, wymyślne kary. Erik, mimo starań, nie jest w stanie podporządkować się tym zasadom, dlatego też wydaje się, że narastający między nim a starszymi uczniami konflikt musi zakończyć się eskalacją przemocy.

Pozornie szkoły, do których trafiają Sergij oraz Erik, są zupełnie inne — ta ukraińska, jak i zresztą całe otoczenie, w którym przebywa nastolatek — jest na wskroś zaniedbana, brudna, skrywa w sobie mnóstwo patologii, zaś ta w Stjärnsberg — jest ekskluzywna i zapewnia wychowankom wszelkie możliwe formy duchowego i fizycznego rozwoju. Inny jest także oczywiście czas i kontekst społeczny. Film Słaboszpyckiego ukazuje biedę i nędzę części Ukrainy lat 50. Zło przedstawia nastroje społeczne zaraz po drugiej wojnie światowej — w tym ciągle jeszcze widoczną fascynację faszyzmem. Obie historie są jednak na tyle uniwersalne, że zdarzyć mogłyby się właściwie w każdym miejscu i czasie, co więcej — występujące między nimi różnice okazują się powierzchowne, w gruncie rzeczy Plemię stanowi niejako rewers Zła.

Po pierwsze i tutaj, i tutaj rządzą uczniowie, a nauczyciele albo są z boku, albo wręcz wspierają okrutne praktyki swoich podopiecznych. W Złu, jak wszystko inne, odbywa się to w białych rękawiczkach. Część nauczycieli w mniejszym lub większym stopniu propaguje nietolerancyjne zachowania, na przykład pozwalając sobie na rzekomo niewinne i uzasadnione tematem lekcji docinki względem gorzej zbudowanego od innych ucznia, część natomiast zdaje sobie sprawę z problemów swoich podopiecznych i nawet próbuje ich zmobilizować do przeciwstawienia się starszym kolegom, lecz tym samym dodatkowo im szkodzi. Tak jak na przykład nauczyciel wychowania fizycznego, który dostrzega w Eriku wielki talent pływacki i mobilizuje chłopaka, by wygrał zbliżające się zawody, mimo że doskonale wie, iż jego ewentualne zwycięstwo zachwieje ustaloną hierarchią. Obiecuje ochraniać nowego rekordzistę szkoły, ale z danego słowa nie jest w stanie się wywiązać. W Plemieniu postawa nauczycieli jest jeszcze bardziej drastyczna — niektórzy z nich pomagają nawet w stręczycielstwie. Ale też i bardziej drastyczne okażą się konsekwencje, które jeden z wychowawców będzie musiał ponieść.

Po drugie i w Plemieniu, i w Złu sytuację głównego bohatera znacznie pogarsza uczucie do dziewczyny. Siergij wpada w kłopoty przez Anyę, z kolei obiektem westchnień Erika staje się pracownica szkolnej stołówki Marja (Linda Zilliacus). Romans nie jest rzecz jasna akceptowany i w rezultacie to on okaże się piętą achillesową chłopaka w starciu ze starszymi „opiekunami”. Wreszcie w obu filmach mamy do czynienia z protagonistą, który wyraźnie wyróżnia się siłą i umiejętnością walki — i to w miejscu, gdzie gotowość do natychmiastowego stosowania przemocy pozostaje głównym wyznacznikiem wartości danej osoby. Dzieje się tak zarówno wśród brutalnych chłopaków z internatu dla głuchoniemych, jak i elokwentnych, pochodzących z dobrych domów uczniów ze Stjärnsberg. Różnica jest taka, że ci pierwsi wcale swych preferencji nie kryją, drudzy tymczasem przemoc fizyczną teoretycznie stosują jako ostateczność. Mianowicie w przypadku nieposłuszeństwa, „recydywy” czy odmowy przyjęcia innej kary (jak uderzenie łyżeczką w głowę czy zakaz wyjazdu do domu na weekend bądź święta) delikwent wyzywany jest na specyficzny pojedynek, w którym musi stawić czoła dwóm przeciwnikom jednocześnie. Jeśli stchórzy, straci w oczach innych szacunek i nazywany będzie szczurem. O ile zatem w filmie Słaboszpyckiego bójka jest punktem wyjścia, specyficznym „sprawdzianem”, o tyle u Håfströma stanowi coś ostatecznego, ale równie pożądanego. Ściśle ustalony regulamin, jasno sprecyzowane zasady, skomplikowany system kar w Złu, nastrój dzikości, szczególnego rodzaju pierwotności, potęgowany jeszcze przez nietłumaczone dialogi, atawistyczne zachowania, przypominające momentami te z przywoływanej na początku Walki o ogień w Plemieniu to po prostu dwa oblicza tego samego — przemocy, która jest językiem uniwersalnym. I w gruncie rzeczy trudno stwierdzić, które z nich jest bardziej przerażające.

Nie tylko jednak w zestawieniu z innymi tytułami Plemię odsłania swoją złożoność i ambiwalencję. Film Słaboszpyckiego zawiera dwie pamiętne sceny, w których jak w soczewce skupia się cała jego niejednoznaczność i oryginalność, w których mocna, brutalna historia o bezwzględnych młodocianych przestępcach spotyka się jednak niespodziewanie z refleksją nad położeniem osób głuchoniemych. Wstrząsającą scenę finałową z wiadomych względów lepiej tutaj pominąć. Pozostaje więc ta, w której jeden z nastoletnich sutenerów po raz kolejny dostarcza dziewczyny klientom. Jak zwykle wszystko jest dość dobrze zorganizowane — pracujący w szkole kierowca zawozi uczennice na parking, gdzie z kolei chłopak obchodzi tiry, budząc kierowców uderzeniem w szyby i zainteresowanym przedstawiając spisane na kartce warunki. Tym razem także wszystko przebiega zgodnie z planem, młody „kryminalista” odpręża się więc, zapala papierosa i czeka na koleżanki. Ten typowy „gangsterski” obrazek zostaje jednak niespodziewanie zakłócony. Nastolatek nie słyszy bowiem, że kierowca tira cofa pojazd, i dochodzi do tragedii — chłopak ginie pod kołami samochodu, który przecież nie jechał zbyt szybko. W tej scenie jest właściwie wszystko — łobuzerska buta, pewność siebie, okrucieństwo, ale i „zwykły” dramat osoby, która nieustannie musi na siebie uważać, bo czyhają na nią nieznane innym niebezpieczeństwa. Jest w tej scenie także coś bardzo groteskowego, pachnącego czarnym humorem, tyle że wcale — a dotyczy to całego filmu nie chce nam się śmiać. Szybkość i płynność, w jakich kat zamienia się w ofiarę i, na odwrót, w jakich siła, spryt i okrucieństwo spotykają się z bezradnością, stanowią o wyjątkowości tego bezkompromisowego filmu.

 

Plemię (Plemya), scenariusz i reżyseria: Mirosław Słaboszpycki, zdjęcia: Valentyn Vasyanovych, produkcja: Holandia‒Ukraina 2014.

Dodaj komentarz