Zuzanna Popiel | Pomiędzy (Joanna Roszak, „Tego Dnia”)

Między przeszłością, a przyszłością, między obcością, a bliskością, pamięcią a niezrozumieniem, chorobą a śmiercią, znikaniem a trwaniem, wygłodzonymi psami, poezją, milczeniem, brakiem tożsamości – w sieci znaczeń rozpinają się wiersze z „Tego dnia” poznańskiej poetki Joanny Roszak, który ukazał się w zeszłym roku.

Tomik jest niezwykle spójny, a z Roszak-lingwistki, Roszak przejętej kwestią żydowską poetka zmienia się w Roszak-konceptualistkę, układającą z pojęć jak z cegieł kolejne konstrukcje, w których słowa, choć powtarzane wielokrotnie, za każdym razem znaczą coś innego. Wyrazista struktura tomiku rozpoczyna się dosadnym „jutrem”, wierszem, przesyconym poczuciem obcości i odosobnienia, izolacji wynikającej z niemożności zrozumienia innych ludzi, innych istot. Na tym nie koniec, bo ja poetyckie dojrzewa z wiersza na wiersz, zaczyna godzić się na czułość i bliskość, na wspólne dla wszystkich zwierząt (w tym oczywiście również ludzi) wspomnienia, godzi się z czasem i z tym, że wszystko kiedyś przeminie. Ostatni, nieco rozwlekły wiersz „plagiatując doświadczenia ludzkości” stanowi ostateczne podsumowanie refleksji nad śmiercią – Roszak z jednej strony czuje się bezradna, z drugiej godzi się na los każdej żywej istoty. Co tu zrobić? Kiedyś wszyscy umrzemy, a świat będzie powtarzał w nieskończoność te same historie. Jednak poetka wciąż żywi nadzieję, że istnieje jeszcze coś pewnego prócz śmierci. Jakieś miejsce w świecie, które da się odnaleźć. Porównując „Tego dnia” z innymi tomikami Roszak, zauważyć można, jak zmienia się podejście poetki do tekstu. „Tego dnia” nie jest ani lepsze, ani gorsze. Roszak utrzymuje wciąż wysoki poziom, zwłaszcza pod względem sprawności językowej. Zmienia się za to perspektywa, sposób patrzenia na świat. Chociażby w „Lele” Roszak jest odważniejsza, bardziej agresywna, głośna. Pełniejsze, pozamykane zdania i mocny wpływ Mirona Białoszewskiego, patrona tomiku z 2009 roku, tak mocno odróżniają pourywane frazy z „Tego dnia”, że można by pomyśleć, iż mamy do czynienia z dwoma różnymi autorkami. Bo przecież Roszak w najnowszym tomiku jest spokojniejsza, bardziej refleksyjna, melancholijna, w końcu spokojnie przyjmująca smutną rzeczywistość, w której nie sposób poczuć się szczęśliwym zwierzęciem. Zmienił się język Roszak. Stał się bardziej subtelny i delikatny. Niektóre zabawy słowne są czasem męczące, jak „wypalanie traw / trwa trawi”, innym razem zastanawiające: „że na zewnątrz zawsze jest wojna / że na zewnątrz zawsze jest woda”. Ten cytat naprawdę chwyta za serce, jeśli się ma na uwadze, że Roszak pisze, pozostając pod wpływem wcześniej opublikowanej przez nią pracy „Słyszysz? Synagoga. Wychodząc spod poznańskiej synagogi przy Wronieckiej”, w której poruszała temat obecności Żydów w Poznaniu. Wojna-woda, woda z basenu dla nazistów, inaczej: zapomnianej świątyni. Oczywiście Roszak nie pisze o Żydach tak, jak robi to Keff, nie ma przecież takiego bagażu doświadczeń. Jeśli pojawiają się w jej poezji, to jako metafory minionych wydarzeń i pamięci o przeszłości – nie tylko narodowej, ale i osobistej. Metafor tego typu u Roszak jest więcej. Chodzi chociażby o psa, pojawiającego się w wielu wierszach z tomiku. Pies jest czasem głodny i nienasycony, czasem wesoły, czasem jedyny i własny. Roszak sama przyznała, że psa nigdy nie miała i w zasadzie się ich boi, stąd może poświęca im tyle uwagi w nowej twórczości. Co więcej, każdy z psów jest tu inny – raz jest wrogiem, raz wiernym przyjacielem, figurą poety, głodu, ignorowania historii. Nie ma to większego znaczenia. My-psy, my-stado, wszyscy jesteśmy podobni, tak samo osobni, tak samo nierozumiejący rzeczywistości – i tak samo nieważni dla pędzącego świata. Cały tomik, choć rewelacyjnie napisany, może budzić sprzeczne odczucia. Nieudane gry słowne, flegmatyczność, rozwlekłość, ciągłe powtórzenia mogą równie dobrze wskazywać na melancholię, jak i eksponować koszmar dnia codziennego. Tomik może być lekturą przyjemną, z którą zaznajamia się niezobowiązująco, pijąc ciepłe kakao z kocykiem na kolanach (taki wydał mi się za pierwszym razem), ale może być też lekturą budzącą niepokój, gdy czytany jest w pociągu powrotnym do domu (taki wydał mi się, gdy czytałam go następnym razem). Pewnie to kwestia lekkości, z jaką Roszak pisze. Doświadczenie odbiorcze może być nijakie, lecz może też wywołać lęk przed codziennością. Wreszcie tom „Tego dnia” może wydawać się przesycony urojonymi chorobami i wspomnieniami. Pełen jest półprawd rodem z rzeczywistości psychicznej poetki. Nie potrzebujemy przecież w poezji suchych faktów. Potrzebujemy prywatnych uczuć, które znane są wszystkim zwierzętom. „Tego dnia” jest nimi wypełnione po brzegi.

Joanna Roszak: „Tego Dnia”. WBPiCAK. Poznań 2015.

Dodaj komentarz