Zuzanna Sokołowska | Po zmierzchu (Jun’ichirō Tanizaki, „Pochwała cienia”)

Życie w cieniu ma swoje uroki – można schronić się przed spojrzeniami ciekawskich, którzy bacznie obserwują poczynania innych lub oddać się wyciszeniu, by w skupieniu oraz milczeniu kontemplować otaczającą rzeczywistość. Jest się wtedy kompletnie niezauważalnym, wręcz przezroczystym. Żadne natarczywe spojrzenie nie skieruje się w stronę ciemności, która zawsze wyzwala podskórny, lecz silnie odczuwalny lęk. Nigdy przecież nie wiadomo, co tak naprawdę może się z niej wyłonić. Jun’ichirō Tanizaki, pisząc swoją malutką książeczkę „Pochwała cienia”, bez wątpienia wolał życie z dala od światła. Jasność była dla niego zbyt dosłowna, zbyt oślepiająca, umykało przez nią wiele interesujących szczegółów, dostrzegalnych dopiero wtedy, kiedy jego oko uspokajało się pod wpływem melancholijnego zmroku.Tanizaki był czujnym obserwatorem rzeczywistości, którą niewątpliwie uwielbiał komentować. Nigdy specjalnie nie zachwycał się kulturą Zachodu, która wydawała mu się pozbawiona pewnej duchowej głębi, ubolewał, że środowisko naturalne ginie pod wpływem ludzkiej wygody i egoizmu. Jego „Pochwała cienia” to zbiór erudycyjnych, trafnych spostrzeżeń i przede wszystkim dowcipnych opowiastek o doświadczaniu ciemności, a w zasadzie cienia, który w kulturze japońskiej pełni niezwykle ważną, estetyczną rolę. Czy można zachwycić się japońskim wychodkiem? Można. Czy w ogóle wart jest on jakiegokolwiek głębokiego, filozoficznego namysłu? Jak najbardziej! Tanizaki, pisząc o toalecie, potrafił robić to w taki sposób, że czytelnik od razu wiedział, iż ma do czynienia z arcydziełem literatury. Pisał wprost – nie ma wygodniejszego i wspanialszego miejsca do kontemplacji niż toaleta, która zawsze znajdowała się gdzieś na uboczu, z dala od wścibskich spojrzeń. I najczęściej wychodziła na wspaniały, kwitnący ogród, który można było spokojnie obserwować, wsłuchując się przy okazji w szum padającego deszczu czy w ekstatyczny, niezwykle melodyjny śpiew ptaków. Wychodek nigdy nie mógł być zbyt mocno oświetlony, ponieważ nie trzeba wystawiać na światło dzienne wszystkiego, co może nas krępować – byłoby to w złym guście i pozbawione klasy.

„Życie w otoczeniu nazbyt jasnych przedmiotów nie sprzyja na ogół dobremu samopoczuciu” (s. 27) – pisał Tanizaki, który nie cierpiał wypucowanych, pełnych blasku sztućców. Wolał te pokryte „szlachetnym nalotem”. Japończycy darzą wielkim sentymentem przedmioty, które nadgryzione są zębem czasu, dotykiem, prywatną przeszłością. Dopiero wtedy nabierają one właściwego charakteru i znaczenia. Dla człowieka Zachodu wydaje się to niezdrowe i niehigieniczne, dla Japończyka – staje się powodem do zachwytu.

„Dlaczego skłonność do szukania piękna w ciemności występuje z taką siłą tylko u ludzi Wschodu? Mogę się mylić, ale nie wydaje mi się, aby ludzi Zachodu – mimo że w ich dziejach także była epoka, w której nie znano elektryczności, gazu i ropy naftowej – cechowało umiłowanie cienia. Od niepamiętnych czasów duchy japońskie przedstawiano bez nóg. Duchy zachodnie mają nogi, a ponadto są podobno przezroczyste. Nawet na podstawie tak drugorzędnych szczegółów widać, że podczas gdy naszą wyobraźnię zawsze pobudzał gęsty mrok, u nich nawet duchy musiały być jasne jak szkło” (s. 60) – pisał Tanizaki. Skąd te różnice? Autor „Pochwały cienia” upatruje ich tak naprawdę w ludzkim usposobieniu – Japończyk przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, bezwarunkowo akceptując to, co go otacza, tymczasem człowiek Zachodu cały czas poszukuje nowych możliwości, aby za wszelką cenę poprawić własną egzystencję. Tanizaki zwraca też uwagę na różnice w architekturze – budynki zachodnie są wysokie, strzeliste, kierują się nieustannie w stronę światła, tymczasem japońskie są niskie, przysadziste, z ogromnym dachem, który daje upragnione zacienienie. Podobnie jest też w przypadku aranżacji azjatyckich pokoi, które posiadają tajemniczą, zaciemnioną wnękę. To tokonoma, w której ciemność delikatnie opada, niczym wulkaniczny pył, na małe półki, totalnie poddając się milczącemu urokowi cienia.

Oczywiście Tanizaki nie mógł nie wspomnieć o japońskiej kuchni, która według niego jest wprost stworzona do medytacji. „Przypomina ona bezgłośną muzykę, którą współtworzą migocący w ciemności płomień świecy oraz naczynia z laki. Natsume Sōseki w «Poduszeczce z traw» opisywał kolor deseru yōkan. Ta przytłumiona jak w nefrycie przezroczystość zdaje się wchłaniać głęboko do środka naturalne światło dzienne, jakby więziło w sobie przymgloną, senną jasność z bogactwem odcieni. Coś, czego nie znajdziemy w zachodnich słodyczach. Jakież płaskie i banalne, jak prymitywne wydają się przy nim takie na przykład czekoladki wypełnione kremowym nadzieniem. A kiedy yōkan podaje się na deserowej tacce z laki, gdzie pogrążonych w mroku nie odróżnia się barwą od barwy naczynia, tym bardziej skłania do medytacji”(s. 36) – barwnie pisze Tanizaki.

Gdyby móc w jakikolwiek sposób zaklasyfikować dzieło „Pochwała cienia”, należałoby posłużyć się pojęciem zuihitsu, które oznacza „za pędzlem” lub „śladem pędzla”, jak zauważa w swoim wstępie do tej malutkiej książeczki Tanizakiego Henryk Lipszyc. Ten jeden z najwybitniejszych pisarzy japońskich malował słowami to, co na co dzień ukryte – wszelkie kształty i kontury, których właściwych form należy się domyślać, znajdując się w strefie zmysłowego półcienia. Półcień ten stał się dla Tanizakiego obiektem estetycznej adoracji. Osobnym, intymnym i niezwykle osobistym dziełem sztuki, które mógł podziwiać niemal wszędzie, niemal w każdym przedmiocie i obiekcie. Nie musiał wędrować do galerii pękającej w szwach od malarskich obrazów. Bo Tanizaki był prawdziwym zmysłowym sybarytą, który niemal fizjologicznie doświadczał pełni własnego zachwytu nad tym, co mroczne, głęboko schowane. Cień i zmrok to stany umysłu, sposoby spojrzenia, które pisarz opanował wręcz do perfekcji, serwując czytelnikom przypowieści o tym, czym tak naprawdę może być piękno ukryte w niedoskonałościach, niedopowiedzeniach.

Mono-no-aware to kategoria estetyczna określająca pewien emocjonalny, przepełniony melancholią nastój otaczający ludzi, rzeczy, naturę oraz sztukę i jest ona ściśle związana z tym, co nieuniknione, czyli z przemijającym pięknem świata (s. 18) . Tanizaki, pomimo swojego dowcipkowania i zaskakującej ironii, jest w swoich zmysłowych opowiadaniach niezwykle filozoficzny. Pragnie za wszelką cenę przywołać do siebie powoli ginący świat cienia, ulegający presji jasności. „A na próbę, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądało, zgasimy światło” (s. 76) – zachęca Tanizaki, którego napisana już wiek temu książka nie straciła nic ze swojej aktualności. Bo tylko w ciemności można tak naprawdę dostrzec głębię tego, co zabrał oczom oślepiający blask współczesnego świata.

Jun’ichirō Tanizaki: „Pochwała cienia”. Karakter. Kraków 2016.


Zuzanna Sokołowska – ur. 1982, absolwentka historii i filozofii. Współpracuje z Polskim Portalem Kultury O.pl i dwutygodnikiem „ArtPapier”, publikuje także na łamach czasopisma „Reflektor. Rozświetlamy kulturę”.

 

Dodaj komentarz