Zuzanna Sokołowska | Rytuały codziennego przemijania (Ewa Kuryluk, „Fotoreportaż pamięci. Gliwice 2011”)

Ewa Kuryluk powraca do Gliwic. Po 5 latach od swojej wystawy w Czytelni Sztuki ta wybitna artystka, historyczka sztuki, poetka i pisarka, której twórczość krąży wokół osobistych narracji i prób ich zobrazowania, postanawia pokazać widzom fotoreportaż, który wykonała w 2011 roku w trakcie swojego ostatniego pobytu w Gliwicach (przy okazji ekspozycji „Konik w Gliwicach”). Tym razem bohaterką fotografii jest nie tylko ona sama – nie ma w nich miejsca na „rytuał podglądania siebie”, jak miała często w zwyczaju definiować swoje zdjęcia artystka. Jest to przede wszystkim zapis jej wędrówki po Gliwicach, stanowiący pewnego rodzaju niezwykle intymny pamiętnik i składający się na wystawę „Fotoreportaż pamięci. Gliwice 2011”. Artystka rejestruje efemeryczność miejsc, pustkę i powolne umieranie budynków w samym centrum miasta. Zatrzymuje je nw kadrze, wnikliwie obserwując otaczającą rzeczywistość. Kuryluk nie pozwala umknąć temu, co ją wizualnie interesuje. A jest to przede wszystkim historia, ukryta niemal w każdym centymetrze miasta oraz wspomnienia związane z jej ukochanym bratem, przebywającym w tym mieście w trakcie choroby artystki. Kuryluk zabiera widzów na spacer. Wałęsa się po zakamarkach Gliwic, kadrując plakat własnej wystawy, popisane i niszczejące kamienice oraz Olę Wojtkiewicz, kuratorkę jej ekspozycji z 2011 roku. Twarz artystki, wprawnie trzymającej aparat w dłoni, subtelnie odbija się w szybie, na tle której delikatnie uśmiecha się kuratorka, nie spoglądając bezpośrednio w obiektyw. Wojtkiewicz na zdjęciu Kuryluk wydaje się być lekko zawstydzona faktem bycia zatrzymaną w kadrze, jednak nie brak temu zdjęciu nonszalancji i pewnego luzu, związanych po prostu z przyjemnością rozmowy. Kolejnym przystankiem staje się radiostacja gliwicka, „drewniana wieża Eiffla”, jak nazwał ją brat Kuryluk. Mroczna budowla uchwycona na zdjęciach, które swoim klimatem przypominają nieco filmy noir, staje się obiektem naturalnej obserwacji artystki. Wraz z aparatem Kuryluk spogląda w górę, w niebo, starając się uchwycić wysokość wieży, jej wizualną doskonałość, a także własne wspomnienia związane z tym miejscem. Artystka wędruje także pod dom przyjaciół jej rodziców, Adama i Ireny Krzeczewskich, w którym dawniej przebywał jej brat. Przypomina sobie, że to właśnie tutaj znalazł on wspólny język z gosposią Krzeczewskich, która nomen omen słabo mówiła po polsku. Ostatnim przystankiem staje się żydowski cmentarz z kaplicą pogrzebową z czerwonej cegły. Autorka zdjęć obserwuje go z pewnej odległości – rozrastające się drzewo przysłania budynek, w którym straszą wybite szyby oraz hulający wiatr przeznaczenia, wiodący człowieka ku temu, co ostateczne.

Pierwszym rodzajem wolności, jaką daje chodzenie – nawet jeśli to tylko zwykły spacer – jest swego rodzaju zawieszenie; zrzucamy ciężar trosk, na chwilę zapominamy o swoich sprawach […]. Nie ruszamy w drogę dlatego, by spotkać się z samym z sobą, by się odnaleźć, wyzwolić z więzów, odszukać swoje prawdziwe Ja, utraconą tożsamość. Chodzenie uwalnia nas od samego pojęcia tożsamości, od dążenia do bycia kimś, do posiadania imienia i historii

pisze Frédéric Gros w „Filozofii chodzenia” (Gros 2015: s. 710). Jednakże Kuryluk w swojej wędrówce po Gliwicach nie zamierzała się poddać obezwładniającej wolności, jaką daje spacerowanie. Chce cały czas trwać przy własnej biografii, przy rodzinnej historii. Chce pamiętać i analizować. Fotografować i myśleć. Chodzić i doświadczać tego, co utracone. Dla niej ten miejski fotoreportaż to pewnego rodzaju intymny, subiektywny przewodnik, który wizualnie porywa widza i zachęca go do własnych, miejskich eksploracji, do przechadzki po prywatnych miejscach pamięci, gdzie pod stopami niepokojąco szeleszczą zwiędłe liście, przypominające o nieuchronnie mijającym czasie.

Gliwicka wystawa Ewy Kuryluk to także okazja do ponownego przyjrzenia się jej pisarskiej twórczości. „Piszę, czego nie mogę narysować, rysuję, czego nie mogę napisać” – tak brzmiało motto instalacji artystki zatytułowanej „Skóra/Niebo – Czerwień/Błękit: Rysopisy” wystawionej w 1990 w Art in General w Nowym Jorku. Innymi słowy, literacka twórczość jest niezbędnym elementem artystycznej działalności Kuryluk. W tym roku miała swoją premierę książka „Manhattan i Mała Wenecja”, zapis rozmowy artystki z Agnieszką Drotkiewicz, z którą okazuje się mieć wiele wspólnego. Drotkiewicz zaczytywała się namiętnie w „Wieku 21” Kuryluk – książce, która zrobiła na niej największe wrażenie. Niemal większość wywiadu-rzeki wypełniają dyskusję nad tą publikacją. Choć nie brak oczywiście w „Manhattanie i Małej Wenecji” wątków biograficznych – artystka wspomina swoją przyjaźń z Franciszką i Stefanem Themersonami, zburzenie pierwszej siedziby MoMA w Nowym Jorku, pierwsze zauroczenia mężczyznami, matkę zmagającą się z depresją i własnymi demonami, opowiada także sporo o systemach totalitarnych, wojnie i niebezpieczeństwach współczesnego świata. Kuryluk mówi o niechęci do Hanny Arendt i o tym, dlaczego warto czytać Waltera Benjamina, który według niej trafnie zauważa, że „szczyt horroru i zbrodni grozi zawsze ze strony cywilizacji najwyżej rozwiniętej”(Kuryluk 2016: s. 39). Artystka bardzo często odwołuje się w rozmowie z Drotkiewicz do zagrożeń, które zdominowały współczesny świat.

Porażająca skuteczność tyranów XX-wiecznych przysparza im nadal admiratorów i naśladowców, a ich liczba ostatnio rośnie […] Wstrząsa mną nienawiść, jaką pałają do Unii Europejskiej jej beneficjenci numer jeden, zamożni, wykształceni i rozjeżdżający się po świecie przedstawiciele klasy średniej, inteligencji i środowisk akademickich. Czuję gęsią skórkę, gdy profesor uniwersytetu domaga się likwidacji «tej całej demokracji metysów», a międzynarodowa dziennikarka głosi publicznie, że najlepszym systemem jest niewolnictwo. Kto dziś, w czasach niepewności gospodarczej i ogromnej liczby uchodźców, lży z poszkodowanych i cierpiących, propaguje pogardę, ksenofobię i rasizm […], ten zmierza prostą drogą do nowych totalitaryzmów i wojny (Kuryluk 2016: s. 2425)

mówi Kuryluk, z niepokojem śledząc światowe nastroje. Jednak rozmowa Drotkiewicz z artystką to przede wszystkim spotkanie dwóch kobiet – z odmiennych pokoleń, z odmienną przeszłością, ale przede wszystkim ze wspólną pasją, jaką jest pisanie, dające wytchnienie w płynnej nowoczesności, w której już nic nie jest pewne, nawet wartości. Kuryluk, zarówno w swojej ostatniej książce, jak i na gliwickiej wystawie, zachęca do analizy rzeczywistości, do popłynięcia śladem intymnych metafor oraz skojarzeń, a zwłaszcza do intensywnej refleksji nad przeszłością, bez której nie zrozumie się teraźniejszości i, co najważniejsze, samego siebie.


Ewa Kuryluk: „Fotoreportaż pamięci. Gliwice 2011”. Czytelnia Sztuki. Gliwice.


LITERATURA:
F. Gros: „Filozofia chodzenia”. Warszawa 2015, s. 7–10.
E. Kuryluk: „Manhattan i Mała Wenecja”. Warszawa 2016, s. 39.

Dodaj komentarz